Reklama

„Kolo ze skrzypcami” uczy już ponad pół wieku. Kim jest Zbigniew Obara?

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor: | Zdjęcie: Archiwum

„Kolo ze skrzypcami” uczy już ponad pół wieku. Kim jest Zbigniew Obara? - Zdjęcie główne

foto Archiwum

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Mimo że jest emerytem ciągle udziela lekcji muzyki, dyryguje zespołem młodzieżowym, prowadzi chór seniorów, a także sam - jako skrzypek - uczestniczy w rockowych „Dzieciach Jarocina” i w kapeli ludowej „Snutek”. Nasze miasto Zbigniewowi Obarze zawdzięcza to, że w Jarocinie istnieje szkoła muzyczna.

Reklama

    Mimo że jest na emeryturze bardzo trudno jest mu znaleźć wolny czas. Od wielu lat uczy w Społecznym Ognisku Muzycznym, któremu także dyrektorował przez ćwierć wieku.  Przyznaje, że skrzypce przeżywają teraz swój renesans. Uczy zarówno dzieci, jak i osoby dorosłe.

 

- Jak zaczynałem pracę, to miałem jednego czy dwóch uczniów, więc dobierałem jeszcze sobie keybord, żeby mieć godziny. Teraz już nie mam z tym problemu. Mam tylko uczniów na skrzypcach i prowadzę orkiestrę - tłumaczy pan Zbigniew. - W czasie jednej z biesiad seniorów poznałem drugiego skrzypka, także Zbyszka.  Zaczęliśmy wspólnie próbować i namówiono nas, żebyśmy zadebiutowali w Krotoszynie na przeglądzie twórczości osób starszych. To taki „ZoZ”, czyli „Zbyszek oraz Zbyszek”. Jak nam to wyjdzie, to myślę, że w Jarocinie też zagramy przy jakiejś okazji  - opowiada były dyrektor Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Jarocinie.

       

 

Wszystko zaczęło się w Zakopanem

            Zbigniew Obara pochodzi z Chociczy. Jego ojciec był kolejarzem i lubił podróżować, a do tego zajmował się amatorsko teatrem. W domu państwa Obarów odbywały się często próby. Nie było telewizji, więc ludzie tłumnie przychodzili na przedstawienia. Mama grała w domu na mandolinie, a jej ojciec, czyli dziadek pana Zbigniewa, na tubie w orkiestrze. Młodszy brat - Andrzej też miał talent. Był klarnecistą i przez wiele lat występował z Don Vasylem.

            Pan Zbyszek był najstarszy z rodzeństwa, więc tata często zabierał go na krótkie wyjazdy pociągiem. 

- W czasie wyjazdu do Zakopanego kupił mi  ciupażkę. Byliśmy na majówce czy zabawie, na której grała kapela góralska i ja - podobno, bo sam tego nie pamiętam dobrze - stałem przed zespołem i udawałem na tej laseczce, że gram. Miałem wtedy z sześć czy siedem lat. I wtedy mojemu tacie mówili: „Władek, ty mu kup skrzypce”. I tak się to zaczęło. Tata kupił mi instrument, ale nie bardzo miał mnie kto uczyć. U nas był taki Miśkiewicz, który dawał mi pierwsze lekcje, ale powiedział, że lepiej będzie mnie dać do szkoły.  W Jarocinie było wtedy tylko ognisko muzyczne. Alfons Kowalski, czyli Funiu, nie bardzo miał też czas, żeby mnie uczyć. Zasugerował mojemu tacie, że skoro mieszkamy blisko dworca, to mogę dojeżdżać do Poznania - opowiada pan Zbigniew.

Był wtedy w trzeciej klasie podstawówki. Ponieważ było już po naborze do szkół muzycznych, więc mógł uczęszczać jedynie do ogniska.

- Tata zawiózł mnie ze dwa razy, a później jeździłem sam. Tam była prosta droga z dworca. Do liceum muzycznego się nie dostałem, więc chodziłem od rana do ogólnokształcącego, a popołudniami na lekcje muzyki. To było trudne do pogodzenia, więc w końcu przeniosłem się do wieczorowego. Na jedno miejsce na wydziale instrumentalnym na Akademii Muzycznej na skrzypce było osiem osób, więc się nie dostałem. Żebym nie musiał iść do wojska, zdecydowałem się na  studium nauczycielskie. Ja po szkole muzycznej II stopnia mogłem tam nawet wykładać, bo wymagania od studentów nie były wielkie - śmieje się.

           

Prof. Stuligrosz zrobił dla niego wyjątek

            Po studium zdecydował się na wydział dyrygentury. Zaraz po rozpoczęciu studiów pojawiła się szansa na pół etatu w szkole podstawowej w Kiekrzu, pod Poznaniem. Ważne było też to, że była praca razem z mieszkaniem nauczycielskim.

- Ale w tych czasach nie można było pracować na dziennych, jedynie jak się było na zaocznych. Poszedłem z prośbą do rektora, którym był prof. Stefan Stuligrosz. Odpowiedział mi, że nie ma mowy, tym bardziej na pierwszym roku. Po jakimś czasie wezwał mnie do siebie, wyraził zgodę, ale poprosił mnie, żebym o tym nikomu nie rozpowiadał. Od tego momentu liczył mi się staż pracy, choć wtedy w ogóle o tym nie myślałem. W tym roku minęło już pięćdziesiąt lat. Teraz dopiero się tego doliczyłem. Skończyłem już dawno 70 lat, choć czasami czuję się na 50 - podkreśla.

 

Na roku był ze Zbigniewem Górnym. Studia rozpoczynało trzynastu, a skończyło pięciu. Dorabiał też drugi fakultet, który pozwalał na podjęcie pracy w szkole muzycznej. Przyszłą żonę - Krystynę poznał w Jarocinie w zespole „Czerwony parasol”.

- Mieszkałem w Kiekrzu, studiowałem w Poznaniu, a na weekendy dojeżdżałem do Jarocina. A to były czasy, gdy nie było samochodów. Dojeżdżałem po nocach pociągami, ale przynajmniej na dworcach były wtedy bary, gdzie można było spokojnie poczekać - wspomina pan Zbigniew.

Ożenił się na ostatnim roku studiów i przeprowadził się do Jarocina. Zamieszkał u teściów na Moniuszki.

- Dziekan Rogala, u którego uczyłem się dyrygentury, pokazał mi ofertę pracy w Kołobrzegu. To było liceum medyczne. Jego dyrektor pochodził z Wielkopolski i miał bzika na punkcie muzyki. Na sto osób było 10 chłopców. Założyłem tam chór. Wyjechałem najpierw ja, a później wspólnie z żoną i synem. Mieszkaliśmy w internacie i czekaliśmy na ukończenie Domu Nauczycielskiego. Kołobrzeg jest fajny, ale jak się tam jedzie na wakacje. Miałem mnóstwo pracy. Wiele szkół chciało, żebym miał u nich godziny. Dojeżdżałem nawet do Ustronia Morskiego, gdzie prowadziłem chór i orkiestrę. Moja żona była po bibliotekarstwie. Zaproponowano jej pełnienie obowiązków dyrektora - wymienia Zbigniew Obara.

 

Z Kołobrzegu do Jarocina, żeby tworzyć szkołę

            To właśnie w Kołobrzegu spotkał się z Czesławem Molczykiem, który zajmował się kulturą w Jarocinie i przebywał w sanatorium nad morzem.

- Powiedział mi, że mają zamiar otworzyć Dom Kultury. Mnie to nie pasowało, bo oprócz muzyki było wiele innych zajęć. Stwierdziłem, że gdyby miała w Jarocinie powstać szkoła muzyczna, to bym się zdecydował natychmiast. Po trzech tygodniach zawołano mnie do telefonu i Molczyk powiedział mi, że chcą otworzyć szkołę muzyczną. To był kwiecień. Złożyłem wymówienie z pracy. Dyrektor był bardzo niezadowolony - opowiada. - Kupiłem sobie wtedy malucha od koleżanki, która uczyła w szkole zawodowej. Mało kto pamięta, że samochody były na przedpłaty. Porozmawiałem w domu z żoną. Mieliśmy pieniądze na mieszkanie, ale zdecydowaliśmy się na malucha. Szybko robiłem prawo jazdy. Wtedy to wszystko szło szybko. Jeden z kolegów zaczął mnie uczyć. Jeździliśmy po placyku koło kołobrzeskiego amfiteatru. Odebrałem prawo jazdy w środę, a w piątek wyruszyliśmy do Jarocina. „Wyjechał na zachód i się dorobił” - komentowano.

 

Zaczął od pracy w wydziale muzycznym, który zajmował się przygotowaniem różnego rodzaju akademii i uroczystości.

- Jednocześnie jeździłem do ministerstwa, kuratorium i  załatwiałem wszystkie potrzebne zgody i pozwolenia na szkołę państwową. Doprowadziłem do jej powstania. Najpierw byliśmy w ratuszu. Po rezygnacji „Funia” z prowadzenia ogniska zaproponowano mi, żebym przejął też ognisko. Dyrektorowałem obu instytucjom przez 25 lat. Aż do czasu afery z księgową, która nas okradała. Dostałem naganę za tzw. brak nadzoru. Początkowo się załamałem i chciałem odejść natychmiast. Odszedłem na emeryturę dopiero rok później, w 35. roku swojej pracy zawodowej - podkreśla Zbigniew Obara.

 

Gra z seniorami i „Snutkami”, bo nie jest asertywny

            Jedenaście lat temu, w 2010 roku, namówiono go na współpracę z zespołem seniorów „Zawsze Młodzi”.

- Myślałem początkowo, że to jest jedno z różnych zajęć. Po kilku miesiącach oni stwierdzili, że chcą pojechać na przegląd do Krotoszyna. Na szybko zrobiłem program łączony z młodzieżą z ogniska. I „Zawsze Młodzi” zdobyli Grand Prix. Młodzież nie zawsze ma czas, więc teraz nagrywam podkłady do piosenek na płycie. To jest o wiele łatwiejsze do ogarnięcia. Chyba już ze trzy razy miałem ochotę ich zostawić. Czasami bywają niezorganizowani, trudni do ogarnięcia. A mnie zależy na jak najwyższym poziomie - tłumaczy.

Podobnie było z kapelą towarzyszącą Zespołowi Folklorystycznemu „Snutek”. Na współpracę namawiano go od piętnastu lat.

- Nie bardzo miałem na to czas. Aż w końcu poproszono mnie, żebym trochę popracował z tymi uczennicami, które grają w tym zespole. Wbrew pozorom granie suit ludowych jest o wiele trudniejsze, bo jest tam zmiana tonacji, metrum i rytmu. Później kapela chciała nagrać płytę i poprosili, żebym ich wspomógł. Wziąłem nuty i sam musiałem trochę poćwiczyć, bo muzyka jest podporządkowana tańcowi. W końcu zaproszono mnie na wspólny wyjazd ze „Snutkami” do Grecji. I tak się to zaczęło - wymienia.

 

Dodaje, że problem chyba w tym, że jest mało asertywny.

 

- I już chyba taki zostanę. Prościej byłoby powiedzieć czasem „nie”. Muszę przyznać, że w tej pracy bardzo dobrze się czuję. Daje mi taką energię, że na końcu mobilizuję swoich uczniów. To jest zresztą coś więcej niż praca. To także mój konik. Mam to szczęście, że robię to, co jest zgodne z moim wykształceniem. Nie widzę problemu w łączeniu różnych gatunków muzycznych i form aktywności. Lubię też zagrać na ślubie w kościele. Najczęściej u swoich byłych uczniów, a nawet u ich dzieci - mówi pan Zbigniew.

W listopadzie 2017 roku został wyróżniony Nagrodą Burmistrza im. generała Stanisława Taczaka.

 

Ciągnie go w góry 

            Na co dzień lubi słuchać spokojnej muzyki. Zna na pamięć koncerty Bacha, które zwykle puszcza sobie w samochodzie. Teraz wybiera utwory balladowe na fortepian i orkiestrę.

- Lubię młodzież. Staram się do nich zagadać, zainteresować się ich sprawami. Po dwóch lekcjach widzę już, czy ktoś ma talent czy nie. Staram się tłumaczyć rodzicom, że nie wszyscy muszą być wirtuozami. Kiedyś brakowało nam instrumentów, a teraz nie ma z tym problemów - podkreśla.

 

Występował też w projekcie „Dzieci Jarocina”. Przez młodszych uczestników określany jest jako „kolo ze skrzypcami”.

- Najważniejsze jest, żebym miał zdrowie. Staram się rano robić trochę gimnastyki. Lubię przed południem ze swoimi kolegami pogadać o polityce i wielu innych sprawach - wymienia.

 

Jak sam przyznaje, nie potrafiłby spędzać czasu bezczynnie. Jego ulubione miejsca to Świeradów Zdrój i Karpacz, bo z tym miejscami wiąże się wiele rodzinnych wspomnień.  

 

 

W czasie pandemii, gdy niemożliwa była organizacja koncertów, postanowił dać wraz ze swoim uczniem Fryderykiem Jankowskim trochę radości jarociniakom. Wspólnie dali kilka występów n.in. na balkonie. 

 

Nasza Gazeta dostępna również on-line - ZOBACZ TUTAJ - E-wydanie Gazety Jarocińskiej.

 

Szanowni Internauci. Komentujcie, dyskutujcie, przedstawiajcie swoje argumenty, wymieniajcie poglądy - po to jest nasze forum i możliwość dodawania komentarzy. Prosimy jednak o merytoryczną dyskusję, o rezygnację z wzajemnego obrażania, pomawiania itp. Szanujmy się.    
                   

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy