Przed nami wielki finał 16. edycji Akcji Wesołych Ogrodników. W tym roku zgłosiło się do niej rekordowe 400 wolontariuszy. Będzie można ich spotkać z puszkami w wielu zakątkach Ziemi Jarocińskiej. Kwestowanie zacznie się już w piątek, 15 maja. W niedzielę, 17 maja, w JOK-u odbędzie się Festiwal Zdrowia pełen atrakcji.
Fundacja Ogród Marzeń, pomaga dzieciom z niepełnosprawnością z naszego terenu i ich rodzicom już od 15 lat. O fenomen organizacji zapytaliśmy jej szefową - Beatę Frąckowiak-Piotrowicz.
Rozmowa z Beatą Frąckowiak-Piotrowicz, prezeską Fundacji Ogród Marzeń
W Jarocinie wcześniej czegoś takiego nie było - podkreślali rodzice podopiecznych, gdy świętowaliście w grudniu 15-lecie istnienia Ogrodu Marzeń. I wyliczali, co daje im fundacja. Wypełniliście lukę w pomaganiu.
Nie było i nadal w całym kraju takich fundacji, które pomagają w skali powiatu, nie ma wiele. Nasi rodzice na turnusach często słyszą, że ktoś im zazdrości, że w Jarocinie jest taka organizacja. Odbieramy telefony z różnych stron Polski z pytaniami, czy można zapisać do nas dziecko. Niestety, musimy odmawiać. Działamy lokalnie i to jest nasza siła, ale też ograniczenie.
Od czego się zaczęło?
Do Gazety Jarocińskiej co rusz przychodzili ludzie z prośbą o pomoc, bo brakowało pieniędzy na operację czy zabieg dziecka. Wówczas nie można było, tak jak dzisiaj w prosty sposób prywatnie zorganizować sobie zbiórki. Trzeba było przejść całą procedurę, by spełnić szereg formalnych wymagań. Pewnego razu odwiedził mnie Witek Bierła, dyrektor Zespołu Szkół Ponadpodstawowych nr 2. Zapytał, czy zbierzemy pieniądze na protezę dla Mateusza - ucznia po amputacji nogi. Chłopak miał marzenie, żeby nie tylko być samodzielnym, ale również wejść na Śnieżkę. Odpowiedziałam krótko: „Ok, robimy akcję”. Nie mając wtedy portalu internetowego, tylko tygodnik, rozkręciliśmy zbiórkę i w ciągu trzech dni uzbieraliśmy 70 tys. zł. Co więcej, okazało się, że jarociński Lions Club współpracuje z Lions Club Aischgrund, którego szefem jest Gerald Geier - facet biegający triathlony bez nogi. Gdy dowiedział się o Mateuszu, zaprosił go do Niemiec. I tam w 2006 roku Mateusz miał mocowaną tę protezę. Zobaczyliśmy, jak duża moc drzemie w społeczności i, że jesteśmy w stanie ją obudzić. To jednak nie pojedyncze zdarzenie, a ich szereg był przyczynkiem do powstania fundacji.
Dalsza część testu pod zdjęciem ↓
fot. Spotkanie wolontariuszy przed 16. Akcją Wesołych Ogrodników.
Ta rozpoczęła swoją działalność w 2010 roku.
Gdy zbliżało się 20-lecie Gazety Jarocińskiej, zastanawialiśmy się, w jaki sposób celebrować ten jubileusz. Doszliśmy do wniosku, że koncert czy festyn, będą kolejnymi wydarzeniami, o których ludzie szybko zapomną. Wtedy Piotr (Piotr Piotrowicz, ówczesny wydawca - dop.red.) zaproponował, żebyśmy założyli fundację. On wymyślił też nazwę - Ogród Marzeń. Wszyscy zgodzili się, że warto pieniądze przeznaczyć właśnie na ten cel.
Szybko pojawili się pierwsi podopieczni?
Daliśmy ogłoszenie w gazecie, że planujemy otworzyć fundację i zapraszamy na pierwsze spotkanie osoby, które mają dzieci z niepełnosprawnością. Sprawami organizacyjnymi zajęła się razem ze mną Anna Kopras-Fijołek, dziennikarka, która pisała wiele o problemach takich dzieci. Uzgodniłyśmy podział, że to Ania będzie miała kontakt z podopiecznymi, a ja będę załatwiać pieniądze. Dlaczego tak? Wydawało mi się, że nie dam rady, nie udźwignę tego cierpienia, jakiego doświadczają dzieciaki. W ciągu kilku tygodni musiałam zrewidować swoje myślenie o tym, w jaki sposób się pomaga. Szybko przekonałam się, że nie można z ramienia fundacji pomagać komukolwiek, jeśli nie zna się go osobiście, jego potrzeb. Co więcej, teraz nie wyobrażam sobie, żeby w moim życiu nie było tych dzieci i bezinteresownej miłości, którą od nich otrzymuję. Żadne pieniądze czy nagrody, nie dały mi w życiu takiej satysfakcji i poczucia sensu jak to, co robimy w Ogrodzie Marzeń.
Na pierwszym spotkaniu, które zorganizowaliście, zjawiło się kilka osób.
Spotkałyśmy się z mamami w małej salce w Klubowej, była nas garstka. Zapytałyśmy je, czego potrzebują. Pierwsze co się okazało, to to, że rodzice nie mają wsparcia mentalnego, poczucia, że ktoś z nimi jest. Kolejne - brakuje im środków, na przykład na turnusy rehabilitacyjne. Dodatkowo mamy, mimo że nie pracowały, nie miały czasu, żeby wyjeżdżać ze swoimi dziećmi na kilkutygodniowe turnusy, chociażby ze względu na to, że musiały opiekować się swoimi pozostałymi pociechami. Zaczęliśmy więc organizować takie turnusy u nas w Jarocinie - w nowej sali rehabilitacyjnej u pani Rudnickiej. Po szkole dzieci mogły chodzić na różnego rodzaju zajęcia, których potrzebowały. Postawiliśmy na innowację społeczną. Rozrosło się to do dużych rozmiarów i obecnie zakres pomocy jest szeroki - od neurologopedii, przez zajęcia sensoryczne, po hipoterapię. Rehabilitacja odbywa się w przedszkolu integracyjnym „Marcinek”, wykorzystujemy salę, która wcześniej po godzinie 15.00 była nieużytkowana. Dodatkowo panie, które się nią zajmują, znają wiele dzieci, ponieważ uczęszczają one do „Marcinka”. W praktyce nasz turnus na miejscu dla kilkanaściorga dzieci kosztuje tyle, co wyjazd jednego dziecka.
Możesz wesprzeć Ogród Marzeń - link do zrzutki TUTAJ.
Rodzice opowiadali mi, jak dużym wsparciem jest dla nich fundacja. Jednocześnie usłyszałem od niektórych, że to „chwilowe wytchnienie”, bo na co dzień zderzają się z brakiem systemowego wsparcia.
W pełni rozumiem te głosy. Jako fundacja robimy co w naszej mocy, ale nie zastąpimy państwa. Rodzice osób z niepełnosprawnościami wciąż borykają się z ogromnymi deficytami w dostępie do opieki, rehabilitacji czy systemowych rozwiązań ułatwiających codzienne życie. Spójrzmy choćby na kwestię pracy zawodowej rodziców - to się dopiero teraz zaczyna powoli zmieniać, ale przez lata było ogromną barierą. Usługi asystenckie wciąż są niewystarczające. Standardem powinno być to, że rodzic ma wsparcie asystenta, dzięki czemu może iść do pracy i zarabiać na rodzinę. Pamiętam absurdalne sytuacje, gdy mama dziecka z niepełnosprawnością nie mogła wziąć udziału w szkoleniu dofinansowanym z Unii Europejskiej. Dlaczego? Bo szkolenie przewidywało symboliczną dietę dla uczestnika. Gdyby taka mama wykazała choćby złotówkę dochodu, odbierano jej świadczenia na dziecko. A przecież te pieniądze nie mają ze sobą nic wspólnego! Świadczenie powinno być wsparciem dla dziecka, by mogło jak najlepiej funkcjonować, tymczasem ledwo pokrywa ono ułamek kosztów rehabilitacji, sprzętu i leczenia. Żadna dotacja nie jest w stanie w pełni zaspokoić tych potrzeb.
Wielu rodziców podkreślało, że dzięki Ogrodowi Marzeń czuje się częścią większej społeczności, w której może podzielić się swoimi problemami, uzyskać pomoc.
Grupa wsparcia to serce naszej działalności, które chcemy dalej rozwijać. Ta solidarność mam jest bezcenna. Gdy rodzi się dziecko z niepełnosprawnością, rodzic często zostaje pozostawiony sam sobie. Nie wie, gdzie się udać, co załatwić. Dopiero teraz, dzięki innowacjom społecznym, powstają różnego rodzaju poradniki, ale przez lata to szpitale odsyłały rodziców prosto do fundacji. Stajemy się dla nich pierwszym kołem ratunkowym. Rodzic przychodzi na spotkanie i od innych mam dowiaduje się konkretów: „tu złóż wniosek do PFRON-u, my ci pomożemy go wypełnić”, „tu napisz takie pismo”, „ten lekarz jest godny zaufania, a do tamtego nie idź”. System nie oferuje pomocy w wypełnianiu skomplikowanych wniosków ani nie tłumaczy zmieniających się przepisów. Fundacje wciąż muszą brać na siebie rolę przewodnika, asystenta i prawnika w jednym.
Dalsza część testu pod wideo ↓
Z perspektywy rodzica to zapewne nie tylko kwestia braku wsparcia doraźnego, ale też ogromny lęk o przyszłość.
To są najtrudniejsze wyznania, jakie słyszymy. Rodzice często mówią, że boją się umrzeć przed swoim dzieckiem, bo nie wiedzą, kto się nim zajmie. To ogromny problem.
Fundacja wyszła poza pomoc dzieciom z niepełnosprawnościami. Zaoferowaliście również stypendia dla zdolnej młodzieży w ramach projektu „Kuźnia Młodych Talentów”.
Stało się to bardzo szybko. Ogród Marzeń powstał w listopadzie, a w grudniu Fundacja im. Stefana Batorego ogłosiła nabór wniosków o dofinansowania na rozwój dla młodych talentów. Napisaliśmy projekt, w który uwierzono i dostaliśmy te pieniądze. Sprawy młodzieży nie były mi obce, bo zajmowałam się nimi również w Gazecie Jarocińskiej. Stypendia przyznaliśmy przez kilkanaście lat, do czasu aż nie wprowadzono 500 plus. Niektórzy pobierali je od podstawówki aż do klasy maturalnej. Nie wydawali ani grosza i potem mieli środki na start na studiach. Wypłaty odbywały się raz w miesiącu. Nie trzeba było raportować, na co się je przeznacza. Konta otwierał współpracujący z nami do dziś Bank Spółdzielczy w Jarocinie. Każdy dostawał kartę i mógł sobie dowolnie gospodarować tymi pieniędzmi. Fundacja Batorego nauczyła nas tego, że czasem dla ucznia ważniejsze od nowej gumki do mazania będą nowe buty, żeby mógł suchą stopą dotrzeć do szkoły.
Przyznaliście w sumie 220 stypendiów dla 145 młodych ludzi. To robi wrażenie.
W 2023 roku zorganizowaliśmy zjazd stypendystów. Przyjechało kilkadziesiąt osób. Jeszcze niedawno byli dziećmi, teraz pracują i spełniają swoje marzenia. Wszyscy przyznawali, że otrzymywane od nas pieniądze były ważne, ale jeszcze ważniejsze było to, że ktoś im powiedział: „Masz moc, masz talent, my w ciebie wierzymy”. To dodawało im skrzydeł. Niektórzy ze łzami w oczach przyznawali, że usłyszeli to od nas po raz pierwszy. Na gale, na których rozdawaliśmy stypendia, zapraszaliśmy również rodziców. W rozmowach z nimi często podkreślaliśmy, że ich dzieci są niesamowite i mają moc. Zdarzało się tak, że rodzic po raz pierwszy podchodził do dziecka i mówił, że jest z niego dumny. To miało ogromne znaczenie.
Działaliście na zasadzie synergii - stypendyści chętnie włączali się w pomoc na rzecz waszych podopiecznych.
Jednocześnie rozwijaliśmy wolontariat. Zasada stypendiów była taka: „Otrzymujesz od nas pomoc, ale chcielibyśmy, żebyś podzielił się swoim talentem”. Dla wszystkich stała się ona naturalna. To spowodowało, że stypendyści bardzo się zintegrowali i pracowali z nami na rzecz dzieci z niepełnosprawnością - podczas organizowanych balików czy koncertów. Wolontariuszy przewinęło się przez te 15 lat tysiące. Zawsze powtarzam: kiedy wszyscy narzekają na dzisiejszą młodzież, że im się „nic nie chce”, ja odpowiadam, że takiej młodzieży po prostu nie znam. Niezależnie od rocznika, zawsze spotykałam wspaniałych, pełnych energii młodych ludzi.
Ich historie do pani wracają?
Tak. Z wieloma z nich nadal mamy kontakt. Jeden z naszych wolontariuszy pracuje w wielkiej sieci marketów. Mieli mnóstwo rzeczy do przekazania, z którymi nie wiedzieli, co zrobić. Pomyślał o nas. Przesłał nam trzy wielkie paki maskotek i innych darów. Nasi dawni stypendyści i wolontariusze to dziś często ludzie sukcesu. Prowadziliśmy kiedyś z Fundacją Orange, w ramach warsztatów dziennikarskich, Dziecięcą i Młodzieżową Telewizję Internetową. Dziś osoby, które ją współtworzyły robią kariery w mediach - jak chociażby Paula Borowska, dziennikarka TVP Poznań, czy Janek Marcinkowski, który razem z naszym stypendystą Mikołajem Dziurzyńskim założyli kolektyw HAUAS.
Dalsza część testu pod zdjęciem ↓
Wiem, że niektóre z tych relacji mają bardzo osobisty, niekiedy terapeutyczny wymiar.
Zdecydowanie. Jedna z naszych wolontariuszek napisała do mnie, gdy była w ciąży. Istniało podejrzenie, że urodzi dziecko z zespołem Downa. Przyznała, że przyjęła tę wiadomość ze spokojem. Dzięki pracy w fundacji znała nasze dzieci i wiedziała, że to po prostu wspaniali ludzie, których nie trzeba się bać. Napisała: „Gdyby nie doświadczenie z fundacji, byłabym przerażona”. Ostatecznie dziecko urodziło się zdrowe, ale ta świadomość i spokój, który w sobie miała, były dla niej kluczowe. To pokazuje, że te historie w nich zostają i napędzają nas do dalszego działania.
Nie sposób opowiedzieć o wszystkich inicjatywach fundacji, ale jedną z tych najbardziej rozpoznawalnych jest bez wątpienia akcja „Wesołych Ogrodników”. Jak to się zaczęło?
Nie ukrywam, że inspiracją był dla nas Jurek Owsiak. On pokazał całemu krajowi, że można skutecznie zbierać pieniądze na wielką skalę. My spróbowaliśmy przełożyć ten model na nasz grunt lokalny. Napędzeni sukcesem zbiórki dla Mateusza, pierwszą oficjalną akcję zorganizowaliśmy w 2011 roku, na samym początku istnienia fundacji. Wydarzenie odbyło się w Jarocińskim Ośrodku Kultury i było niesamowite - przez cały dzień ośrodek tętnił życiem. Włączyły się szkoły, a wolontariusze byli dosłownie wszędzie. Bardzo pomogli nam też lokalni proboszczowie, którzy ogłaszali zbiórkę w kościołach i pozwalali nam stać z puszkami przed świątyniami. To było prawdziwe pospolite ruszenie. Każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę.
Z czasem jednodniowa zbiórka zamieniła się w cykl wydarzeń.
Na początku, wzorem WOŚP, działaliśmy tylko w jedną niedzielę. Szybko jednak okazało się, że potrzebujemy więcej czasu. Ktoś chciał zorganizować koncert w piątek, ktoś inny imprezę sportową w sobotę, więc rozciągnęliśmy akcję na cały weekend. Dziś „Wesoły Ogrodnik” to przedsięwzięcie, które trwa kilka miesięcy. Zaczynamy już w marcu, kiedy obchodzimy Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa i razem ze Stowarzyszeniem „Biegacze” zapraszamy na cudowny Bieg Kolorowej Skarpetki. Główne wydarzenia kumulują się jednak w maju.
Możesz wesprzeć Ogród Marzeń - link do zrzutki TUTAJ.
Jak nazwałaby pani ten społeczny fenomen, który stworzyliście jako Ogród Marzeń?
Zawsze powtarzam to na naszych dorocznych Mikołajkach - fundacja tworzy przestrzeń, w której każdy czuje się jak w wielkim, bezpiecznym domu. To niesamowite widzieć ludzi, którzy nie widzieli się rok, a padają sobie w objęcia. Ale ta rodzina jest znacznie większa, niż mogłoby się wydawać. Należą do niej także nasi darczyńcy - często osoby prywatne, emeryci, którzy co miesiąc przelewają nam po 20 czy 50 złotych. Doliczając do tego tysiące wolontariuszy, którzy przeszli przez nasze akcje (w samym „Wesołym Ogrodniku” bierze udział jednorazowo 400 osób!) oraz stypendystów, tworzymy potężną społeczność. Siłą fundacji jest autentyczność. My nie kalkulujemy - my po prostu „siejemy dobro” i zarażamy innych chęcią pomocy.
Mówi pani, o braku kalkulacji, ale ktoś musi trzymać to wszystko w pionie.
Nasz zarząd to zgrany team. Każda z nas jest inna i w tym tkwi nasza moc. Ja jestem od „akcji - reakcji” - widzę potrzebę i chcę ją natychmiast realizować. Wtedy wkracza Weronika Wesołek, która trzyma naszą kasę i pilnuje spraw administracyjnych. To mój „hamulec bezpieczeństwa”. Bez jej porządku i anielskiej cierpliwości nie dałabym sobie rady. Jest jeszcze Grażyna Cychnerska - nasza pani bibliotekarka, ostoja spokoju, która zajmuje się dokumentacją. Uzupełniamy się idealnie, pracujemy jako jedna drużyna. Samemu nic się nie wskóra, dlatego bardzo doceniam wspaniałą drużynę dorosłych wolontariuszek i wolontariuszy, którzy są dla nas ogromnym wsparciem. Na specjalne wyróżnienie zasługuje Maciej Zaborowski, który pomaga nam od lat. Cudowny człowiek.
W jakich momentach czuję pani największe spełnienie?
Tych momentów są setki. Nasze Mikołajki to zawsze kumulacja tej pozytywnej energii. Tam nie ma sztuczności, jest czysta, spontaniczna radość. Ogromną satysfakcję poczułam również podczas spotkania z naszymi stypendystami po latach. Słuchając o tym, jak pomoc fundacji zmieniła ich życie i pozwoliła im uwierzyć w siebie, poczułam coś niezwykłego. To poczucie, że zrobiło się coś naprawdę ważnego, jest nie do opisania. Żadna inna praca, nagrody czy pieniądze nie dają takiej satysfakcji.
Na koniec spójrzmy jeszcze na liczby. Jakie środki fundacja zaangażowała przez lata swojej działalności?
Na wsparcie naszych podopiecznych przeznaczyliśmy już ponad 2 miliony złotych. To ogromna kwota, zwłaszcza w skali miasta powiatowego. Często słyszę, że w miastach tej wielkości trudno o fundację działającą z takim rozmachem i tak długo. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że każda z tych złotówek to konkretna historia, wykupiona rehabilitacja czy spełnione marzenie.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.