Wystawa zdjęć Szymona Gruchalskiego była (nie tylko dla mnie) wyjątkowa. Najpierw spotkanie „Mój pierwszy Tour de France”, po nim wernisaż, wiele sprzedanych prac na charytatywny cel, oprowadzenie po wystawie z autorem zdjęć, a potem wspomniany już finisaż z mistrzem i jego uczniem, czyli Szymonem Gruchalskim i Maciejem Paterskim. Były wspomnienia zakończonego właśnie Tour de Pologne, było prosecco, odbiór zakupionych prac, wspólne zdjęcie i niespodziewane prezenty od Szymona. Wśród obdarowanych byłam i ja.
Kto zna Szymona ten wie, że nikt nie opowiada tak jak on, a zwłaszcza o reporterskich przygodach i historiach utrwalonych na fotografiach jego autorstwa. Na finisażu pojawiła się praca z motywem przywiezionym z dopiero co zakończonego wyścigu po Polsce: sznur przemykających kolarzy na tle soczystej zieleni Dolnego Śląska, a na pierwszym planie, lekko po lewej stronie stoi mały chłopiec. Dziecko ma może 5 lat, na głowie spory kask, między nogami mały rowerek, a w obu dłoniach polską flagę, która zwisa w całej swojej okazałości do ziemi i jest jakby jeszcze za duża dla chłopca. Dziecko stoi tyłem do obiektywu Szymona. Całość obramowują zielone gałęzie drzew, sprawiając wrażenie, że stoimy na skraju lasu. Gdy zmrużymy oczy, widzimy przede wszystkim czerwień flagi, która przyciąga nasz wzrok i każe przyjrzeć się chłopcu dokładniej. Skąd wziął się tutaj? Dlaczego jest sam? Kto powiedział mu, że tutaj przejedzie peleton? Czy któryś z kolarzy zauważył kibicującego malucha? Ta fotografia zachwyca i pobudza wyobraźnię.
Szymon Gruchalski mówi, że jest to jego ulubione zdjęcie, bo patrząc na małego chłopca widzi siebie. Tytuł pracy brzmi „Tęsknota”. Dlaczego tęsknota? Tęsknota za czym? Czyja tęsknota? Każde z pytań może stać się początkiem kolejnej opowieści, do której Szymon potrafi zachęcić, jak mało kto.
Motyw „Tęsknoty” powielony został trzykrotnie, a egzemplarz z numerem 1/3 otrzymałam jako prezent zapakowany w biały kartonik. Gdy wychodziłam z muzeum było już ciemno. W prawej ręce niosłam butelkę prosecco, w lewej trzymałam labradorkę Fidy na smyczy a „Tęsknotę” ściskałam pod pachą. Po dojściu do auta na ulicy Kasztanowej, Fidy wskoczyła na tylne siedzenie, a ja położyłam prezent na dachu. Jechałam oświetlonymi ulicami naszego miasta i myślałam o pięknym wieczorze, który niestety dobiegał końca.
Jak na życzenie – wieczór miał się jeszcze nie skończyć, bo wjeżdżając do garażu przypomniałam sobie o prezencie na dachu samochodu. Zamarłam ze strachu, że go tam już nie ma i słusznie, bo dach świecił pustkami. Zła na siebie i swoje roztrzepanie, wyjechałam z garażu, aby zacząć poszukiwania. Z każdą mijaną latarnią i pustym poboczem rosło we mnie przekonanie, że nic z tego nie będzie. Przecież nawet jeśli ktoś znalazł biały kartonik z obrazem, to zabierze go ze sobą... Ja bym tak zrobiła – pomyślałam i zaklinałam los, aby inni mieli lepszy charakter niż ja.
No i stało się - co najmniej jeden człowiek, był lepszy ode mnie. Prezent od Szymona stał w świetle latarni oświetlającej znak drogowy z nakazem prędkości jazdy do 30 km/h. Biały kartonik bielił się siłą podobną do czerwieni z fotografii „Tęsknota” i dawał świadectwo ludzkiej uczciwości. To był bardzo dobry dzień!
Komentarze (0)