Pałac Radolińskich tętni życiem, zwłaszcza po rewitalizacji jego samego i otaczającego go parku. Gdzież te czasy, gdy pan Pawlak – parkowy dozorca, gonił nas za jazdę rowerem, a słońce miało problemy z przebiciem się przez gąszcz krzaków. Jednak gdy spadał śnieg i termometr wskazywał na porządny mróz, park przypominał scenerię z baśni Andersena, a zamarznięty staw zapraszał do pojeżdżenia na łyżwach. Na tyłach pałacu było małe oczko, o którym mało kto wiedział. Aby dotrzeć do niego, przedzieraliśmy się małą grupką wtajemniczonych przez gąszcz krzaków, a potem szusowaliśmy ile wlezie. Mieliśmy dużo frajdy i jeden szkopuł: z tafli lodu wystawało sporo wmarzniętych gałęzi, co powodowało częste upadki i mnóstwo siniaków, które jeszcze na wiosnę przypominały o zimowej frajdzie.
Kara, nie nagroda
Wnętrze pałacu znałam tylko z jednego zakątka, a była nim biblioteka. Specyficzny zapach i ciepło buchało w twarz, gdy wchodziło się do środka. Dziecięcym oczom ukazywały się gigantyczne regały zapełnione szarymi książkami za sprawą papierowych owijek, które nigdy nie wytrzymywały długo próby czasu. W tych to latach pałac jawił mi się mroczny, tajemniczy i pełen duchów, a perspektywa spędzenia w nim nocy byłaby raczej karą niż nagrodą.
Minęło wiele, wiele lat, które przyniosły kolosalne zmiany zarówno w pałacu, jak i w jego otoczeniu. Po zamarzniętym stawie nikt już nie jeździ na łyżwach, no bo i po co, skoro po sąsiedzku wybudowano świetne lodowisko. Słońce nie zawiesza już swoich promieni na chaszczach, lecz rozkłada swoje światło na polanie, alejkach i kwitnących od wiosny do jesieni kwiatach. Na zapleczu pałacu cztery platany wyciągają swoje ramiona ku niebu, a nieopodal mieni się tafla oczka z dzieciństwa.
A pałac? Ten jaśnieje odnowioną fasadą niczym suknia panny młodej. Od strony ogrodu słoneczny zegar przyznaje: Sine Sole Sileo (bez słońca milczę). To tutaj pod zegarem, na schodach pałacu jest moje ulubione miejsce. Lubię tam przesiadywać, zwłaszcza, gdy przez otwarte okna na pierwszym piętrze dobiegają dźwięki fortepianu, skrzypiec lub trąbki z mieszczącej się tutaj szkoły muzycznej.
Polecam pokój 303
Rok temu na wiosnę znowu usiadłam na schodach pałacu i znowu usłyszałam muzykę. Zegar nadal przypominał, że bez słońca milczy, a ja, gapiąc się na platany, zamarzyłam o spędzeniu nie tylko popołudnia, ale i całej nocy u hrabiego. Ludzie mówią, że marzenia trzeba mieć, no i słusznie, zwłaszcza, jeśli można je przekuć w plany i po prostu zrealizować… No to do roboty!
Nastawiona bojowo, pchnęłam ciężkie drzwi wejściowe pałacu i znalazłam się w muzeum regionalnym, które tutaj ma swoją siedzibę. Nie wahając się, spytałam dyrektorkę muzeum – Bożenę Kubacką, czy mam szansę spełnić moje marzenie, na co usłyszałam: - Pani Anno, polecam pokój 303. I to wszystko?… Tak, to było wszystko. Hm… gdyby spełnianie marzeń było tak proste, to pewnie w rankingu najszczęśliwszych narodów świata, bylibyśmy w czołówce, a nie dopiero na 24. miejscu (dane ONZ ze Światowego Raportu Szczęścia 2026).
Tydzień później nocą z piątku na sobotę zasypiałam przy otwartym na oścież oknie w tzw. wieży. Jestem wielką zwolenniczką zmiany perspektywy, więc noc u hrabiego MUSIAŁA być inna od tych dotychczasowych. Wchodziłam na wieżę po schodach, po których stąpali byli właściciele pałacu, naciskałam na niespotykanie ciężką klamkę, aby wejść do pokoju, spoglądałam na „moje” oczko, po którym szusowałam i przewracałam się na łyżwach, widziałam Skarbczyk i wieżę kościoła św. Marcina bez konieczności zadzierania głowy - wszystko to widziałam z innej, nowej perspektywy. Zasypiałam, gapiąc się w sufit, po którym tańczyły cienie drzew prześwietlane księżycowym światłem i słuchałam równego oddechu Fidy – mojej labradorki. Wdychałam pachnące powietrze z koron drzew na wysokości trzeciej kondygnacji i myślałam o moim domu rodzinnym, który zasypiał tuż za murami parku, kilkaset metrów od Pałacu Radolińskich. Odpływając zastanawiałam się resztkami świadomości, czy w pałacu są duchy i myślałam o tym, co mówiła babcia Katarzyna: - Pamiętajcie, co wam się śni na nowym miejscu, bo to wam się spełni.
Pracujemy nad tym
Sącząc poranną kawę, która smakowała wybornie, gapiłam się na migoczące za drzewami słońce i zastanawiałam się nad minioną nocą: snów nie pamiętałam, duchów nie widziałam, ale jednego byłam pewna: Jarocin wzbogacił mnie o nową perspektywę, a zarazem uświadomił mi, że wszystko jest w nim na wyciągnięcie ręki – łącznie ze spełnieniem marzenia o spędzeniu nocy u hrabiego.
Wychodząc z pałacu spotkałam Sebastiana Plutę – starszego dokumentalistę muzeum. Na jego pytanie, jak minęła mi noc, poskarżyłam się na brak duchów i spytałam, czy nie mogliby coś z tym zrobić. Zastanowił się krótko i odparł: - Pani Anno, pracujemy nad tym!
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.