Reklama

Pamiętam czołgi w Żerkowie. Rozmowa z fotografem Sławomirem Fiebigiem

Opublikowano: 27 lipca 2021 08:20
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Sławomir Fiebig pochodzi z Żerkowa. Większość życia spędził jednak na Wybrzeżu. W tym roku obchodzi 50-lecie swojej działalności fotograficznej.

Reklama

Sławomir Fiebig urodził się 9 stycznia 1953 roku w Pleszewie. Do podstawówki uczęszczał w swoim rodzinnym mieście - w Żerkowie. W jego rodzinnym domu była apteka, której kierowniczką była jego mama Janina, z domu Peszkowska. Do pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego dojeżdżał do Jarocina. Później wraz z rodzicami i starszym o 4 lata bratem wyjechał do Gdańska. W okolicach tego miasta mieszka do dzisiaj, ale z sentymentem wraca do Żerkowa i Jarocina.  

Ukończył studia na Wydziale Chemicznym Politechniki Gdańskiej. Posiada uprawnienia instruktora fotografii kat I. W latach 1980 i 1981 był pracownikiem Biura Interwencji Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Zajmuje się fotografią klasyczną, diaporamą i serigrafią. Jego fotografie i serigrafie brały udział w wielu konkursach i wystawach. Były też publikowane w wydawnictwach albumowych. 2500 fotografii wydarzeń historycznych zostało zakupione przez Europejskie Centrum Solidarności. Szczególną rolę w jego twórczości zajmują diaporamy, często nagradzane na festiwalach krajowych i zagranicznych. Jedna z nich, poświęcona stanowi wojennemu, była wyświetlana podczas koncertu Jeana Michela Jarre’a w Gdańsku w 2005 roku.

Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, Gdańskiego Towarzystwa Fotograficznego (honorowym) oraz międzynarodowej organizacji diaporamistów AV-Dialog. W ostatnich latach zajmuje się fotografią wystawową. Korzysta z materiałów pochodzących z wcześniejszego okresu oraz ze zdjęć wykonanych w ostatnim czasie za pomocą aparatu Sigma SD Quattro, wyposażonego w specyficzną matrycę Foveon.

 

Pana życie związane jest głównie z Gdańskiem, ale pana korzenie wywodzą się z Żerkowa. Spędził pan tutaj 16 lat życia. Jak pan wspomina ten okres?  

Z rodzinnym domem w Żerkowie wiąże się moje pierwsze, zapisane w pamięci wydarzenie. Był to nocny przejazd przez żerkowski rynek czołgów, jadących „odrąbać rękę tym, którzy ją podnieśli na władzę ludową” w czerwcu 1956 roku w Poznaniu. Być może ten widok, który zobaczyłem dzięki trzymającej mnie na rękach przy oknie naszej sypialni mamie, ukształtował moje poglądy polityczne na całe życie, a może dokonały tego audycje „Radia Wolna Europa”, wyłapywane na uciekającej fali odbiornikiem Pionier lub też tajemnicze opowieści mamy o wujku Józku zamordowanym w Katyniu i drugim wujku Zdzisławie Peszkowskim, który przeżył tę tragedię i został księdzem w dalekiej Ameryce, a pod koniec życia zamieszkał w Polsce, będąc kapelanem pomordowanych na Wschodzie. Na pewno były to czasy, gdy Żerków to była, jak to się mówi, „dziura zabita dechami”. Dzisiaj nie ma wielkiej różnicy, czy się mieszka w Poznaniu, Warszawie czy Żerkowie, bo ma się kontakt z całym światem dzięki współczesnym środkom. Wychowałem się w aptece, której kierowniczką była moja mama. Wcześniej apteka była własnością rodziny ale po wojnie ją upaństwowiono, pozostawiając nam na szczęście dom. 

Odwiedza pan swoje rodzinne strony?

Oczywiście. Pierwsze miłości były w Żerkowie. I pierwsze doświadczenia z fotografią. To wszystko mile wspominam, podobnie jak i piękne krajobrazy. Tata praktycznie mieszkał w Gdańsku, gdzie wykładał farmację, więc odwiedzał nas rzadko. Moja szkoła nie była duża. Było nas tylko 400 uczniów. W Żerkowie zaczęły się moje zainteresowania muzyczne. Pamiętam, jak mama kupiła adapter „Bambino” i słuchałem na nim pocztówki dźwiękowe kupione podczas wakacji spędzonych w Gdańsku. Zrobiłem też coś, od czego teraz skóra cierpnie. W domach były zainstalowane tzw. kukuruźniki, czyli głośniki, przez które z poczty przesyłano program pierwszy polskiego radia. I ja się podłączałem do tych dwóch kabli przechodzących po naszym domu i puszczałem na miasto swoją muzykę. Teraz jestem świadomy, że rodzice mogli mieć przeze mnie poważne kłopoty. Żerków to też pierwsze prywatki.         

Jak się zaczęła pana przygoda z fotografią? 

Rodzina moja miała pewne tradycje fotograficzne. Dziadek ze strony mamy, mieszkaniec Galicji już przed I wojną wykonywał barwne przezrocza (autochromy), na materiałach fotograficznych, w które zaopatrywał się w stolicy, czyli w Wiedniu. Niestety dorobek dziadka „padł” po II wojnie łupem złodziei. Rodzina po wojnie trafiła do Wielkopolski. I tu poznali się rodzice. Mój ojciec za młodu, w miarę wolnego czasu, też zajmował się fotografią. Używał zakupionego przed II wojną lub w jej czasie wspaniałym Contaxem. Ja już od dzieciństwa przyjaźniłem się z Piotrem Mikołajczakiem - chłopcem z sąsiedniego domu, którego ojciec - Stefan - prowadził zakład fotograficzny. Wspólnie robiliśmy eksperymenty z naświetlaniem starych papierów fotograficznych na słońcu. Takie bardziej świadome zdjęcia zacząłem robić w wieku 10 lat. Pierwszym moim aparatem był Box-Tengor Zeissa w formacie 6×9. Pod koniec szkoły podstawowej dostałem od ojca aparat małoobrazkowy. Był to piękny, przedwojenny Contax I z Tessarem. Początkowo nie interesowałem się obróbką materiałów fotograficznych - korzystałem z usług sąsiada fotografa Stefana Mikołajczaka. Samodzielnie wykonałem pierwsze odbitki za pomocą pożyczonego od Krzysztofa Kopielskiego powiększalnika, gdy zostałem uczniem liceum w Jarocinie. Mimo że uczyłem się tylko przez rok, to do dziś uczestniczę w spotkaniach klasowych. Po przeprowadzeniu się mojej rodziny w 1968 roku na stałe do Gdańska, kontynuowałem wykształcenie w IX Liceum Ogólnokształcącym. Wtedy już fotografią zajmowałem się całościowo, łącznie z obróbką, zdobywając podstawowe umiejętności w tym fachu. 

Pierwsze "poważne" fotografie m.in. z Wyścigu Pokoju czy budowy wieży telewizyjnej w Żerkowie robił pan już w wieku 10 lat. Które zdjęcia są dla pana szczególnie ważne?

To zdjęcie z wieżą niedawno zeskanowałem w związku z propozycją wystawy jubileuszowej. Początkowo chciałem liczyć staż fotograficzny od zdjęć wykonanych pod koniec nauki w liceum podczas obchodów 1 Maja 1971 roku, dokumentujące stoczniowców niosących transparenty z żądaniami ukarania winnych za niedawne, tragiczne wydarzenia grudniowe. Ale po odnalezieniu zdjęcia pokazującego budowę wieży w Żerkowie  stwierdziłem, że muszę się cofnąć jeszcze o 9 lat. Mam też trochę zdjęć z Warszawy, które wykonałem w czasie wycieczki szkolnej zorganizowanej w szóstej klasie. Są one już historyczne, tak samo jak te z Żerkowa, bo od tamtych czasów stolica bardzo się zmieniła.  

Z czego jest pan najbardziej dumny?

Najcenniejsze, co w swoim życiu zrobiłem, to 2.500 zdjęć, które znajdują się w Europejskim Centrum Solidarności. Cieszę się z tego, że coś po mnie zostanie. Wiele z nich jest publikowane w różnych czasopismach i publikacjach poświęconych temu okresowi. Ale skoro mówimy o dumie, to od 1986 roku zajmowałem się też diaporamą. Teraz troszeczkę to zaniedbałem, ale moja diaporama, czyli zestaw przeźroczy prezentowanych przynajmniej z dwóch rzutników, które daje efekt przenikania się obrazów, była wyświetlana w 2005 roku podczas koncertu Jeana Michela Jarre’a, który do moich fotografii na żywo grał muzykę. Ponad 100 tysięcy osób to oglądało. To było niebywałe wydarzenie i jestem dumny, że brałem w nim udział.   

Kiedy robił pan zdjęcia w okresie strajków nie wiedział pan, czy one gdziekolwiek i kiedykolwiek wypłyną. Nie bał się pan? 

Pierwsze zdjęcia robiłem na stoczni jako pracownik Solidarności. Pierwsze dwa dni robiłem je dyskretniej małym aparatem (Contaxem), ale potem odważyłem się użyć normalnego sprzętu. Ryzyko zawsze było, ale gdy fotografowałem na ulicach, to mnie nawet chroniono, uprzedzano przed atakami ZOMO. Robiłem wtedy zdjęcia drogimi Olympusami - na tamte czasy to był bardzo dobry sprzęt. Później fotografom było jednak gorzej. Ubecja interesowała się ludźmi, którzy robili zdjęcia i gdy udało im się przechwycić fotografie, wykorzystywali je przeciwko tym uczestnikom wydarzeń, którzy byli na zdjęciach. Rozsyłali je do zakładów pracy i kadrowi wyszukiwali na fotografiach swoich pracowników. W taki sposób identyfikowano uczestników manifestacji. Zdjęcia były zagrożeniem. Ja i inni fotografowie ukrywaliśmy swoje prace, żeby nie wpadły w ręce ubecji. Dzięki uzyskanym w 1980 roku uprawnieniom instruktora w 1982 roku rozpocząłem pracę w Domu Kultury Kolejarza w Gdyni. Pod koniec 1983 roku rozpocząłem równolegle pracę w Klinice Dermatologicznej Państwowego Szpitala Klinicznego Nr 1. Zorganizowałem tam od podstaw pracownię fotografii naukowej.

Ale na tym się nie skończyło? 

Wykorzystując stworzone pod koniec lat 80-tych możliwości podjęcia samodzielnej działalności gospodarczej, porzuciłem zajęcia na etatach i zająłem się sitodrukiem użytkowym. Początkowo zarobkowałem w spółce z o.o., później w spółce cywilnej, a w latach 1998-2005 działałem w formie indywidualnej działalności gospodarczej w firmie o nazwie Seri-Art. Obecnie właścicielem firmy jest syn. Moje zainteresowania fotograficzne rozwijały się dwutorowo. Czasy schyłku PRL-u rzuciły mnie w wir rejestracji reportażowej, jednak najbardziej pociągała mnie fotografia estetyzująca i to szczególnie w technikach specjalnych lub w inny sposób odbiegająca od dokumentalnego odtwarzania rzeczywistości. Często stosowałem rozmycia powodowane ruchem, solaryzacje i tonowanie obrazu. Posiadanie zawodowego warsztatu sitodrukowego dało mi możliwość przedstawianie przetworzonych zdjęć w postaci serigrafii. 

Jakie ma pan marzenia?

Żeby trzy przygotowane już wystawy moich zdjęć mogły zostać pokazane. Przez koronawirusa wszystko zostało wstrzymane. Chciałbym pokazać swoje fotografie szerszemu gronu. Nie chciałem robić ekspozycji online, bo te zdjęcia po wydrukowaniu w formacie 50x70cm robią większe wrażenie. Oprócz zdjęć robionych na bieżąco, skanuję też cały swój dotychczasowy dorobek. To jest około 10 tysięcy fotografii. Przy okazji z sentymentem wracam do tych najstarszych, o których często już nie pamiętałem. Tak było m.in. z tym, na którym była żerkowska wieża. Gdyby zdarzyła się taka okazja, to chętnie bym pojechał na Islandię, gdzie są piękne plenery. Pomysł wystawy pejzażowej zaczął się od fotografii wykonanych w Grecji między październikiem a listopadem, gdy było tam niewielu turystów. Teraz najwięcej fotografuję w swoich okolicach. Chcę też pojeździć po Kaszubach. W moim wieku trudno już planować jakieś bardziej dalekie plenery.     

Ulubiony sposób na spędzanie wolnego czasu?

Na emeryturze mam dużo czasu na fotografię. Jestem też audiofilem. Lubię słuchać każdej dobrej muzyki na dobrym sprzęcie. Sam nazywam siebie „dzieckiem rocka”, ale lubię też muzykę klasyczną i jazz. Na festiwalu w Jarocinie niestety nie byłem. Pierwsze płyty kupowałem w księgarni „Na Rogu” w Jarocinie, która istnieje do dzisiaj. Pamiętam, że pierwsza to był longplay „Czerwonych Gitar”, a druga to „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Mam je do dzisiaj. 

Czy jest szansa na to, żeby pokazał pan swoje prace w rodzinnych stronach? 

Jesienią jest planowane spotkanie w Żerkowie. I będzie okazja, żeby pokazać wystawę. Co prawda nie będzie to stała ekspozycja. Od niedawna jestem też na facebooku. I wielu starszych żerkowiaków mnie jeszcze kojarzy, ale dla młodych pokoleń jestem postacią zupełnie nieznaną. Chciałbym się tam jakoś zapisać w pamięci. 

 

Szanowni Internauci. Komentujcie, dyskutujcie, przedstawiajcie swoje argumenty, wymieniajcie poglądy - po to jest nasze forum i możliwość dodawania komentarzy. Prosimy jednak o merytoryczną dyskusję, o rezygnację z wzajemnego obrażania, pomawiania itp. Szanujmy się.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.