Spotykam się z Kasią w jednej z jarocińskich kawiarni. Udaje nam się znaleźć dogodny termin między rodzinnymi, edukacyjnymi i artystycznymi obowiązkami, których Koźminiance nie brakuje. Wspomina o przeprowadzce, zakończeniu studenckiego życia we Wrocławiu i przygotowaniach do obrony pracy dyplomowej (w momencie publikacji materiału jest już magistrem psychologii biznesu). Gdy zaczynamy rozmawiać o muzyce - w jej głosie słychać wyraźną ekscytację.
- Pierwszy raz czuję, że jestem w miejscu, w którym powinnam być i chcę iść w to dalej. Jednocześnie jestem realistką i nie patrzę na świat przez różowe okulary. Moim celem jest utrzymywanie się z muzyki. To byłoby dla mnie wystarczające. Nie marzę o świetle reflektorów. Te dwie rzeczy niekoniecznie się ze sobą łączą - tłumaczy.
W pierwszym rzędzie
Nigdy nie uczęszczała na lekcje śpiewu, za to syn koleżanki jej mamy (Kasia podkreśla zbieżność z motywem znanym z memów) uczył ją gry na gitarze. Tata - harmonijkarz - zaszczepił w niej miłość do muzyki rockowej. W domu słuchali The Rolling Stones, AC/DC, Black Sabbath. Jeśli chodzi o polskie podwórko: Maanamu, Dżemu, Perfectu czy Lady Pank. Pasję przejął też jej młodszy brat, z którym 24-latka dziś muzykuje.
Najpierw w zespole NoName wykonywała covery. Potem, jako 13-latka, napisała swoją pierwszą piosenkę i założyła rockową kapelę. Koźmińsko-jarocińską grupę Senders rozwijała wraz ze znajomymi, ucząc się w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 im. Tadeusza Kościuszki w Jarocinie. Dziś do zespołu należą jeszcze: Żaneta Kordus, Mateusz Janiak, Anna Balcerek, Jacek Idzikowski. W 2024 roku wydali album „Do Światła”, a w 2025 EP „Znów zaczęła się przyszłość”. Rok temu wystąpili na festiwalu w Jarocinie.
- Od dzieciaka chciałam stać w pierwszym rzędzie. Nie stresowałam się na akademiach w podstawówce. Lubiłam pokazać, że coś umiem. Dużo dostałam od rodziców, zawsze mnie chwalili, słyszałam „dobra robota”. Od nauczycieli również. To mnie umacniało i dodawało pewności siebie.
„Z tej strony Renata Przemyk”
Tej pewności oraz charyzmy scenicznej zdecydowanie Kasi Krzyżaniak nie brakuje. Udowodniła to chociażby tegorocznym udziałem w lipcowym koncercie „Kobiety Jarocina” podczas finału Wielkopolskich Rytmów Młodych. Koźminianka przykuwała uwagę i zachwycała talentem wokalnym występując u boku Renaty Przemyk, Anji Orthodox i Ani Rusowicz.
- Odbieram telefon i słyszę: „Z tej strony Renata Przemyk”. Gdybym odrzuciła to połączenie, myśląc, że to fotowoltaika? (śmiech) Powiedziała, że robią projekt i szukają artystek z różnych pokoleń. Akurat trafiło na mnie, jeśli chodzi o pokolenie Z. Fajna sprawa, bo usłyszałam, z jakimi nazwiskami konkurowałam. Renacie spodobało się to, że śpiewam po polsku, swoje teksty i że czuć serducho, w tym co robię.
Przemyk od razu zapropnowała jej wykonanie w duecie „Babę zesłał Bóg” oraz solo „Zazdrości” zespołu Hey. Każda z pań prezentowała też swoje utwory. Kasia wybrała „Ćmę” Senders - jak tłumaczy - „numer, który bardzo lubi jarocińska publiczność”. Pierwszy raz była dużą częścią tak profesjonalnego przedsięwzięcia.
- Granie z muzykami sesyjnymi - dla których występ i tworzenie to po prostu zawód - to zupełnie inny poziom. Każda warstwa instrumentalna, bez względu na to, który raz ją graliśmy, była wykonana identycznie. Nie było miejsca na przypadek czy improwizację - wszystko idealnie od linijki, a w uchu cały czas klik. Pierwszy raz w odsłuchu słyszałam nie tylko metronom, ale też pilota, który nawigował mnie po utworze: „Raz, dwa, trzy - refren”, „Raz, dwa, trzy - solo”.
Zaangażowanie do projektu przez Renatę Przemyk, jedną z ikon polskiej sceny muzycznej, to dla niej duża nobilitacja. Artystki nawiązały więź również poza sceną.
- Renata kilka lat temu zasiadała w jury konkursu „Śpiewaj i walcz - Golina” i wystąpiła podczas koncertu finałowego. Zaimponowała mi wtedy tym, jak prowadzi dźwięk, jak się nim bawi i jak niesamowicie frazuje - bez żadnego wymuszenia. Niektóre z tych dźwięków, przy pierwszym zderzeniu mogą wydawać się „niepasujące”, ale kiedy się wsłuchasz, słychać w tym nutę folku i charakterystyczną, zadziorną swobodę. To frazowanie wcale nie jest łatwe, a niesie ze sobą ogrom emocji. Ktoś mógłby uznać to za przesadę, ale dla mnie to niezwykła umiejętność „kolorowania” piosenki. Bardzo mi się to wtedy spodobało i do dziś robi na mnie wrażenie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Babę zesłał Bóg
Legendarny festiwal w Jarocinie kojarzy się przede wszystkim z buntem zdominowanym przez mężczyzn. „Kobiety Jarocina” miały opowiadać o żeńskiej perspektywie. Przede wszystkim poprzez piosenki. Między nimi Renata Przemyk wspomniała, że artystki występujące w naszym mieście musiały „być silniejsze niż wszystko wokół, nic nie mogło ich zatrzymać, a wszystko chciało”. Opokę stanowiły dla nich m.in. poczucie humoru, przyjaźń czy miłość.
Dla Kasi Krzyżaniak ten przekaz miał również duże znaczenie.
- Żyjemy w czasach, w których sztywne role społeczne i płciowe poniekąd już nie istnieją. Dziś każdy powinien mieć prawo robić to, co chce. Kobiety nie są już przypisane wyłącznie do ról gospodyń domowych czy matek i mogą realizować się w miejscach, które wcześniej uznawano za typowo męskie. Za taką była uważa też ciężka muzyka. Z drugiej strony, ten mechanizm działa w obie strony: od mężczyzn wymaga się ciągłej siły, zabraniając im okazywania wrażliwości czy łez, pod groźbą przypięcia łatki „słabego”. Kobieta z kolei bywa oceniana surowo, gdy pokazuje twardy charakter. Choć powoli łamiemy te schematy, wciąż zderzamy się z nierównościami - czy to w muzyce, sporcie, czy ogólnie w warunkach pracy i płacach, co jest po prostu przykre.
Sama ceni sobie wolność, którą daje jej tworzenie.
- We współczesnej muzyce nie ma już tak sztywnych podziałów jak kiedyś - nikt nie narzuca artystom, jak mają śpiewać czy prezentować się na scenie. Dlatego to był tak ważny projekt i ogromnie się cieszę, że powstał. Przez festiwal w Jarocinie przewinęło się mnóstwo niezwykłych kobiet, które mocno zapisały się w historii polskiej muzyki, choć ich nazwiska nie zawsze wybrzmiały tak głośno, jak na to zasługiwały.
Spotkanie z Olgą Tokarczuk
Koncert „Kobiety Jarocina” został zagrany również podczas festiwalu Góry Literatury Olgi Tokarczuk. Chociaż repertuar był ten sam, ze względu na okoliczności i inną publiczność występ miał zupełnie inną energię.
- To wydarzenia z dwóch różnych krańców. Słuchacze w Jarocinie są bardzo ekstrawertyczni, pokazują, że się bawią, jak im się coś podoba, jest to odczuwalne, jak się nie podoba - również. Na Góry Literatury przyjechali czytelnicy, by rozmawiać o książkach, polować na nie, spotkać się z autorami, wziąć udział w warsztatach. Ten festiwal ma inny sznyt, bardziej introwertyczny - ocenia Kasia.
Po występie w Zamku Sarny w Ścinawce Górnej miała okazję spotkać noblistkę.
- Zostaliśmy zaproszeni przez Olgę i jej męża na after, który odbył się również w zamku. Panował tam niezwykły klimat. Olga i jej mąż to przesympatyczni, bardzo otwarci i niezwykle inteligentni ludzie. Świetnie się z nimi rozmawiało. Olga była bardzo zadowolona i powiedziała, że cieszy się, iż to właśnie nasz projekt zamykał cały festiwal. Przytuliłyśmy się na pożegnanie - wspomina Koźminianka.
Wygrała konkurs Mentosa
Największy przełom dla Kasi przyszedł wraz z wygraną konkursu Mentos Fresh Beats. Organizator przyjął 650 zgłoszeń, najlepsze okazało się nagranie wykonania solowego utworu Krzyżaniak. W jury zasiadła Lanberry, producent Moo Latte (Brian Massaka Victorsson), dziennikarka Kari Nicińska oraz menedżer Patryk Glinka.
Nagroda to 20 tys. zł, mentoring menedżerski z Glinką (opiekuje się już takimi artystami jak m.in. Król, Kathia, Bass Astral, Kasia Sienkiewicz z Kwiatu Jabłoni czy Daniel Godson), wywiad z Nicińską w RMF MAXX oraz nagranie utworu z Moo Latte (tworzył m.in. dla Bitaminy i Vito Bambino). Efektem tego ostatniego jest opublikowana właśnie piosenka „Błysk” z tekstem, który opowiada o utracie kontroli z powodu fascynacji drugim człowiekiem.
- Brian chciał poznać, czego słucham. Zrobił bicior, który klimatem mieści się gdzieś między The Neighbourhood a Vito Bambino. Wysłał mi go z pytaniem: „Co myślisz?”. Nie odpisywałam mu cały dzień, bo kawałek tak bardzo mi się spodobał, że od razu postanowiłam zrobić z tego piosenkę. Następnego dnia wysłałam mu tekst i melodię. Odpisał, że okropnie się stresował tą moją ciszą, bo myślał, że mi się nie podoba. A ja po prostu od razu wzięłam się do pracy - nie chciałam rzucić zwykłego „fajne”. W efekcie ten utwór powstał zaledwie w trakcie wymiany czterech SMS-ów. Nagrywaliśmy go w Toruniu - wspomina Kasia.
Dzięki współpracy z Patrykiem Glinką wystąpiła na Great September w Łodzi. Zagrała tam premierowo swoje solowe utwory. Na scenie towarzyszyli jej przyjaciele z Senders. W planie ma kolejne single, a w końcu wydanie płyty pod swoim imieniem i nazwiskiem.
Olivia Dean, Ciechowski, Nothing But Thieves
Zapytana o inspiracje Krzyżaniak wymienia twórczość Olivii Dean, Grzegorza Ciechowskiego, Jacka „Budynia” Szymkiewicza z Pogodno, Sama Fendera, Nothing But Thieves, Taco Hemingwaya, The Neighbourhood czy Arctic Monkeys.
- Skaczę między gatunkami. Nie lubię się zamykać w jednej szufladce, lubię otwierać sobie głowę. Uważam, że tak jak pisarz powinien czytać książki, tak muzyk powinien słuchać muzyki - i to nie tylko takiej, jaką sam wykonuje, ale też poznawać inne terytoria. Kiedy byłam młodsza, dużo słuchałam rocka i alternatywy, i być może dlatego teraz z Sendersami gramy właśnie taką muzykę. Na ten moment bardzo dużo słucham soulu, jazzu, funku, ale też gatunków mieszanych w stylu rap-jazzu. One są bardzo inspirujące.
Lubi niebanalne teksty, takie, jakie pisał Grzegorz Ciechowski i Jacek Szymkiewicz.
- Piszę sama, bo nie przepadam za wykonywaniem czegoś, czego nie czuję. Jeśli nie rezonuję z tekstem, który śpiewam, to nie przekazuję emocji tak, jakbym chciała. Uważam, że to trochę mija się z celem - w końcu po to robi się muzykę, żeby dać słuchaczowi prawdziwe emocje. Kiedy wyrzucisz je z siebie przed mikrofonem, po prostu to słychać.
Dalsza część tekstu pod wideo
Jarocin jako sufit i podłoga
Gdy patrzy na Jarocin Festiwal z perspektywy odbiorcy, budzi się w niej ogromny sentyment.
- To był pierwszy tak duży festiwal, w jakim brałam udział. Poszliśmy ze znajomymi, bo było blisko i mieliśmy wolne od szkoły. Właśnie wtedy po raz pierwszy zachłysnęłam się muzyką na żywo na taką skalę. Jarocin powalił mnie swoim rozmachem: liczbą ludzi, tym, że trwa trzy dni i niesamowitą, festiwalową energią. To był dla mnie kompletny odlot. Pamiętam, że dokładnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Ale byłoby wspaniale kiedyś tu zagrać”.
To marzenie udało jej się spełnić. Pytam o to, czym Jarocin jest dla niej jako muzyka.
- Przez długi czas był dla mnie sufitem. Dziś jest podłogą, od której się odbiłam. W liceum wystąpienie tam było moim głównym celem. I to się udało: wydaliśmy płytę z Senders, zagraliśmy na Jarocinie i był to dla nas ogromny koncert. Przyszło mnóstwo ludzi, co samo w sobie było poruszające. Podczas koncertu dotarło do mnie, że ci ludzie pod sceną śpiewają moje teksty - słowa, które są dla mnie niezwykle osobiste. To był moment olśnienia: skoro znają je na pamięć i śpiewają razem ze mną, to znaczy, że te utwory są ważne także dla nich. Najpiękniejszym momentem było, gdy na chwilę przestałam śpiewać, zgasły światła, a z tłumu dobiegł mnie potężny śpiew publiczności. To było coś wielkiego.
Kasia opisuje tamten koncert jako przełom.
- Uświadomił mi, że scena to jest dokładnie to miejsce, w którym chcę być. Jarocin był wielkim spełnieniem marzeń, ale jednocześnie sprawił, że zapragnęłam więcej. Dziś mierzę dalej i wyżej - chcę grać jeszcze więcej i rozwijać się również solowo.
Co z zespołem Senders?
Solowe plany artystki nie oznaczają końca jej relacji z pozostałymi muzykami Senders.
- To nie jest tak, że zamykamy ten rozdział. Chcemy nadal razem grać, ale każdy z nas ma już trochę inne priorytety. Nie mamy po 16 lat i nie chodzimy do liceum, gdzie gra w zespole była naszą główną aktywnością. Każdy obrał własną ścieżkę życiową. Nie dla wszystkich muzyka jest centralną częścią życia. Ja po prostu wdycham dźwięki jak powietrze. Nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu, nie umiem robić innych rzeczy i czuję, że pisanie piosenek to jedyne, w czym naprawdę jestem dobra i co kocham robić - opowiada.
Kasia zaplanowała już działania na najbliższe kilka lat.
- Moim celem jest wydanie solowej płyty, która będzie miała więcej przesłuchań niż moje dotychczasowe projekty. Chciałabym też zagrać na różnych scenach - na Pol’and’Rocku oraz trafić na Męskie Granie pod swoim nazwiskiem - wylicza.
Nie brakuje jej zapału.
- Nie lubię niczego robić po łebkach, ja jak coś robię, to lubię na maksa. Pochłonęła mnie muza.
Komentarze (0)