reklama

„Skandal z aparatem”. Andrzej Świerblewski z Żerkowa o swojej pasji [ZDJĘCIA]

Opublikowano:
Autor:

„Skandal z aparatem”. Andrzej Świerblewski z Żerkowa o swojej pasji [ZDJĘCIA] - Zdjęcie główne
Zobacz
galerię
48
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościAndrzej Świerblewski na co dzień mieszka w Żerkowie. Niedawno, po wielu latach przerwy, wrócił do swojej rodzinnej miejscowości. Swoje nietuzinkowe zdjęcia publikuje w mediach społecznościowych. Można napisać, że fotograficznie odkrywa na nowo okolice. O tym, co go fascynuje, opowiada w rozmowie z "Gazetą Jarocińską".
reklama

Dlaczego "Skandal z aparatem"? 
To jest mój pseudonim, którego początki sięgają szkoły podstawowej. Wiązało się to ściśle z muzyką, którą ówcześnie lubiłem i której słucham do dziś, czyli z muzyką punk-rockową. Pierwszy wokalista zespołu "Dezerter" oraz "SS20" - Dariusz Andrzej Hajn - nazywany był "Skandalem". No i na jednej z lekcji religii doszło do drobnego nieporozumienia z katechetką, która użyła kilka razy słów "to jest skandal" w kontekście mojego nieprzygotowania do lekcji. Koledzy to podchwycili i przylgnęło to do mnie na dobre. Nie ukrywa, że lubiłem, gdy mnie tak nazywano. A "Skandal z aparatem", bo zawsze mam go przy sobie. Mój kolega - Jerzy Kmieciak z Jarocina, który często komentuje moje zdjęcia w mediach społecznościowych, ma takie powiedzenie, że „gdzie diabeł nie może... tam "Skandal" wlezie z aparatem...”.

reklama

Od czego zaczęła się pana pasja fotograficzna? 
Moja historia zaczęła się tak, jak wielu osób kilkadziesiąt lat temu. Od analogowego aparatu Kodak z kliszą przesuwaną ręcznie. Do tej pory go mam i nadal działa. Dokumentowałem życie rodzinne, wycieczki. Mimo że nie byliśmy zamożną rodziną, to mama zawsze dbała o to, żeby był w nim załadowany film. To był swego rodzaju fenomen, że te 24 klatki wystarczały na kilkudniową wycieczkę, chociaż zawsze się żałowało, że nie 36. I tak zawsze po powrocie trzeba było zrobić zdjęcie psa czy kota, bo wracało się z jedną czy dwiema wolnymi klatkami. Dopiero wtedy film się kończył i można go było dać do wywołania. Tamten aparat nie miał regulowanego, zmiennoogniskowego obiektywu, więc trzeba było podejść bliżej albo się odsunąć od fototgrafowanego obiektu. Ja najczęściej używam obiektywów stałoogniskowych, więc zoom nadal mam w nogach. Jestem samoukiem. Starałem się słuchać ludzi, którzy są dalej w fotografii. Dzięki nim poznałem pojęcie "decydującego momentu" sformułowanego przez Henri'ego Cartier Bressona. To bardzo ułatwia robienie fotografii.           

reklama

W dobie telefonów komórkowych woli pan jednak pracować z aparatem?  
Wielkim atutem aparatu w komórce jest to, że w każdej chwili ma się go w kieszeni. Ja staram się mieć swój aparat, jako odrębne urządzenie, zawsze ze sobą. Zdjęcia z telefonów są często bardzo dobre technicznie, ale to jest jednak urządzenie wielofunkcyjne. Możliwość obcowania z tradycyjnym aparatem, który ma wizjer, dzięki któremu możemy odciąć się od świata zewnętrznego i bodźców zewnętrznych, to duża przyjemność i atut. Można skupić się na kadrowaniu, wyłapywaniu ciekawej perspektywy czy grze świateł. Fajne jest to, że możliwość robienia zdjęć jest teraz dostępna dla każdego. Lubię, gdy ktoś mnie pyta od czego zacząć przygodę z fotografią, to radzę właśnie na początek korzystać z telefonu komórkowego, ale bardziej skupić się na świadomym wyborze kadrów. Ja wychodząc z domu często wracam tylko z jednym czy pięcioma kadrami. Staram się szanować każdą klatkę, tak jak to było kiedyś, w czasach fotografii analogowej. Dawniej filmy w aparatach miały tylko 24 lub 36 klatek. Dla mnie ważne jest to, ile wśród robionych zdjęć jest prawdziwych fotografii. Wśród moich zdjęć też nie wszystkie są fotografiami. Ja to jasno oddzielam. Fotografię traktuję jako sztukę, w odróżnieniu od zdjęcia, które jest dokumentowaniem rzeczywistości. Nie neguję jednak sensu robienia zdjęć pstrykanych codziennie. 

reklama

Kto jest dla pana autorytetem, wzorem do naśladowania, jeżeli chodzi o fotografię?   
Mnie inspirują tacy fotografowie, jak Tadeusz Rolke czy Tomasz Tomaszewski, którego miałem okazję poznać osobiście. To świetny człowiek i wiele się od niego nauczyłem. Może nie samej techniki, bo on nie lubi rozmawiać o tym, jakiego używa się aparatu czy z jakich ustawień korzysta, ale to właśnie on zwrócił mi uwagę na to, że czasami można wyjechać i przywieźć tylko jedną fotografię, a zdjęć może być całe mnóstwo. Niedawno wydał książkę zatytułowaną "Świat jest tam, gdzie się zatrzymałeś", w której sam siebie odnalazłem, ponieważ po kilkunastu latach mieszkania wszędzie, tylko nie w Żerkowie, postanowiłem wrócić w rodzinne strony. Mieszkałem m.in. w Ostrowie Wlkp., Poznaniu i Wielkiej Brytanii. W międzyczasie byłem też w wojsku. Zawsze byłem wolnym ptakiem i dużo widziałem w życiu.  

reklama

Wydaje pan sporo na sprzęt?
Nie, paradoksalnie najwięcej zdjęć zrobiłem aparatem, który ma 13 lat i obiektywem, który kosztował 10 funtów. Złapałem się na tym, że kiedy robię zlecenia komercyjne, używam nowszy model, ale na plenery zabieram zawsze Pentaxa i tylko jeden obiektyw. Im mniej sprzętu, tym lepiej. Kiedy ktoś zaczyna dyskusję na temat wyższości jednej marki nad drugą, to ja odchodzę. Jestem zdania, że każdym aparatem da się zrobić dobre zdjęcia. Ale to nie sprzęt jest najważniejszy. Mój kolega wędkarz mówił, że kiedyś dążył do tego, żeby mieć wszystko jak najbardziej nowoczesne, a teraz uświadomił sobie, że jemu już ta ilość sprzętu, który musi zabrać ze sobą, odbiera mu całą radość. Powiedział mi, że łowienie ryb sprawiało mu więcej radości, gdy miał najprostszą wędkę z jednym spławkiem. Do takich wniosków człowiek dochodzi chyba z wiekiem. Ja noszę aparat na szyi, żeby go mieć zawsze pod ręką. Większy aparat fotograficzny często ludzi peszy. 

Co spowodowało, że podjął pan decyzję o powrocie na prowincję? 
Na to złożyło się wiele czynników, ale z pewnością najmniejsze znaczenie miał aspekt materialny. Najbardziej tęskniłem za prawdziwymi relacjami międzyludzkimi. Na prowicji czas płynie jakby wolniej, mamy go jakby trochę więcej. Ważne są dla mnie również spotkania z fotografami. Staram się obracać w tym środowisku. Mam znajomych fotografów w Jarocinie, Pleszewie, Wrześni, Śremie i Środzie Wlkp. I każda z tych osób coś mi dała. Zawsze warto patrzeć na kogoś, kto jest znacznie dalej. Trzeba się też uczyć tej wrażliwości w patrzeniu na rzeczy. Każdy patrzy, a nie każdy widzi... Warto czasem nie podpisywać zdjęć ani nadawać im tytułów, bo to daje przestrzeń do interpretacji. Ile jest ludzi, tyle spojrzeń. Każde miejsce można pięknie sfotografować.

Na pierwszej wystawie po powrocie do Żerkowa, która miała miejsce w Bibliotece Publicznej w Żerkowie, pokazał pan zdjęcia właśnie ze Szwajcarii Żerkowskiej. 
Było to możliwe dzięki mojej wieloletniej koleżance, a wówczas świeżo upieczonej pracownicy biblioteki - Julii Talarczyk. Wydawało mi się, że ten nasz fyrtel każdy już dobrze zna. Mieszkańcy tłumnie ją odwiedzili. Oprowadzałem też kilkanaście klas z miejscowej szkoły podstawowej. Jedna z tych fotografii została sprzedana za 800 zł na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy podczas finału w Żerkowie. Dzięki użyciu manualnego teleobiektywu kupionego w Londynie, w jednym z antykwariatów, udało mi się uzyskać zupełnie inną perspektywę. To był stary obiektyw, który powstał w czasach, gdy nikt nie miał jeszcze pojęcia, że będzie istnieć coś takiego jak fotografia cyfrowa. Wszedłem do tego sklepu w sumie po to, żeby porobić zdjęcia. Czarnoskóry sprzedawca był już jednak wyraźnie zniesmaczony, że chodzę już dość długo i nic nie kupuję. Zapytałem go więc o obiektyw do aparatu. Pan zniknął na kilkanaście minut i wrócił ze skórzaną tubą. Prawdopodobieństwo, że będzie pasował do mojego Pentaxa, którego wtedy używałem i robię to do dzisiaj, było nikłe. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że to jest teleobiektyw tej właśnie marki. Oczywiście go kupiłem. On ma to do siebie, że skraca perspektywę, dzięki czemu uzyskuje się zupełnie inne spojrzenie na dobrze znane miejsca. Zauważyłem, że po powrocie do Żerkowa zacząłem fotografować bardziej jak turysta. Osoby, które żyją w danym miejscu, najczęściej są już ze wszystkim opatrzone i częściej patrzą pod nogi czy na wprost niż gdzieś wyżej. Ja najczęściej patrzę wyżej. 

Co jest pana ulubionym tematem w fotografii? Czy jest to tylko pasja, czy również sposób na życie? 
Żyję z fotografii. Wykonuję m.in. zdjęcia nieruchomości dla jednej z agencji. Prowadzę też koło fotograficzne w Pigłowicach (gmina Zaniemyśl). Chciałbym robić to również w Żerkowie. A co do tematów, to najbardziej lubię robić fotografię dokumentalną. I to taką z rodzaju dokumentu bardziej socjologicznego. Lubię też fotografować dachy. Fascynują mnie czerwone. Najchętniej fotografuję te z tradycyjnej dachówki, które od wieków zdobią nasze krajobrazy i symbolizują dla mnie tradycję i stabilność. Staram się pokazywać jak harmonizują się one z życiem mieszkańców, tworząc jedność. Jestem w tym rozpoznawalny. Ilekroć o tym wspominam, to ludziom wydaje się to ciekawe. Ubolewam nad tym, że Polska staje się coraz bardziej szarym krajem. Kiedyś w krajobrazie wyróżniały się właśnie te czerwone dachy czy domy z cegły. Innym elementem architektury, który mnie interesuje są też drzwi. Fotografowałem wiele miast, ale bardzo lubię Żerków i Jarocin. Kolejną moją fascynacją są miejsca sakralne, nie tylko jako miejsca modlitwy, ale i centra życia. Interesuje mnie nie ta wielka historia, ale to, co z pozoru, może się wydawać czymś mało istotnym.   

Często po zamieszczeniu przez pana jakiegoś zdjęcia w mediach społecznościowych, pojawia się dyskusja w internecie.
To okazja, aby poznać lokalną historię. Ludzie dzięki temu zaczynają wspominać, zastanawiać się. Mój dziadek, Edward Świerblewski miał zakład ślusarski. Wykonywał takie metalowe włazy do studzienek kanalizacyjnych. Do dzisiaj zachowały się dwa, na jednym z nich została wyspawana data i inicjały E.Ś. Okazało się, że wiele osób chodząc ulicą Kolejową w Żerkowie zastanawiało się, co znaczy to "E.Ś". Moja rodzina zostawiła w tej miejscowości ślad po sobie w wielu miejscach. Dziadek robił też w czynie społecznym - razem z moim ojcem Ryszardem - poręcz, która jest przy kamiennych schodach prowadzących do kościoła. 

Tylko pan się wyłamał z tej rodzinnej, ślusarskiej tradycji...
To nigdy nie było w sferze moich zainteresowań. Mój tata szanuje moje decyzje życiowe. Zawsze fascynowały mnie inne rzeczy, np. muzyka i fotografia. Postaram się zostawić coś po sobie następnym pokoleniom.

Jest szansa, że ktoś będzie kontynuował nową, rodzinną tradycję?
Tak, syn Leon zaczyna się interesować fotografią. Zadaje wiele pytań. 

Na facebooku zamieszcza pan często zdjęcia pokazujące zwyczajne życie. Przed procesją Bożego Ciała zrealizował pan fotoreportaż z przygotowań do tej uroczystości.   
Ludzi poczuli się docenieni. Ich niby zwyczajna praca została zauważona przez wiele innych osób. We wszystkich opowieściach pojawiał się motyw girland, które były wyplatane przez kobiety. Zadaniem mężczyzn było pojechać do lasu po materiał na te girlandy. To również zapis dla przyszłych pokoleń. Bo kto wie, jak długo jeszcze będą stawiane ołtarze w tej dotychczasowej formie? Ludzie przyzwyczaili się do widoku mnie z aparatem. Nie reagują na to negatywnie. Aparat często staje się wręcz paszportem, przepustką w takie miejsca, do których nie wszyscy mają dostęp. Ludzie mają do mnie zaufanie, że nie robię czegoś w złej wierze. Wiele, szczególnie starszych ludzi pamięta czasy, gdy zdjęcia robiły służby bezpieczeństwa. Ja chcę ludzi pokazywać w prawdziwym świetle. Nie chodzi jednak o to, aby pokazywać ich jakoś niekorzystnie. Na to nigdy bym sobie nie pozwolił, bo mam swoje zasady i etykę. W Anglii było to coś zupełnie normalnego. Tam osoba z aparatem nie robi takiego wrażenia. Wiele przypadkowych przechodniów chciało mi nawet pozować do zdjęć.

W Polsce jest jednak trochę inaczej...
Ale wystarczy się uśmiechnąć, powiedzieć "dzień dobry", aby przełamać pierwszą barierę. Interesuje mnie niesamowicie prowincja, np. to w jaki sposób rolnicy uprawiają pola. Kiedy zamieściłem na facebooku zdjęcia, odezwał się do mnie jeden z rolników, który bardzo chciał je mieć na pamiątkę. Ukształtowanie naszego terenu jest bardzo malownicze. Moją ulubioną wsią jest Brzóstków. Jechałem kiedyś zrobić zachód słońca i zauważyłem mieszkańców, którzy wraz z proboszczem ustawiali razem nowy krzyż. Były tam m.in. maszyny rolnicze. Udało mi się sfotografować coś, co uważam, że jest niesamowite. Tam widać było jedność, wspólny wysiłek. Dobrze, jak w lokalnej społeczności jest ktoś, kto pociągnie innych za sobą. Mam sporo zdjęć kapliczek, krzyży przydrożnych. Teraz jako czterdziestolatek wiem już, co chciałbym robić a co nie. Wróciłem do fotografowania ludzi. Zaczynałem od takiego pana, który mieszka przy mojej ulicy. On wygląda niesamowicie, jak jakiś muzyk rockowy. Ma kapelusz, łańcuchy. Celowo nie publikuję tych zdjęć, żeby się nie opatrzyły. Robię portret prawdziwy, ludzi w ich naturalnym otoczeniu. Na urodziny podarowałem mu te zdjęcia. Zostałem tam miło przyjęty przez całą jego rodzinę. Zrobiłem kilka kadrów z ich wspólnego oglądania fotografii. I ten portret jest już całkowity. Domknięty, skończony. Drugą taką postacią, którą fotografowałem była pani z kiosku "Ruchu" w Żerkowie. Początkowo była to taka budka, potem przeniesiono go do nowo wybudowanego budynku. Niedawno został zamknięty. Kiedy się dowiedziałem, że to ma nastąpić, namówiłem ją na sesję. Początkowo miała obiekcje. Uważała, że nie wygląda dobrze, bo jest starsza i schorowana. Robiłem też zdjęcia właścicielom sklepu z warzywami, który przez bardzo wiele lat funkcjonował w Żerkowie. Pod jednym z moich zdjęć, pojawił się komentarz z którego wynikało, że ludzie tęsknią za czasami, gdy mieli czas, aby spędzać go wspólnie z innymi. Ja jestem osobą otwartą i staram się pielęgnować relacje. Osoby, które mają pasję, są inne, chyba bardziej optymistycznie patrzą na świat. My tu jesteśmy jedynie na chwilę. Dlatego życzę każdemu, by był, a nie tylko miał.

O czym pan marzy?
Moim marzeniem, a może właściwie bardziej planem, bo marzenia nie zawsze się spełniają, a plany się po prostu realizuje, jest to, żeby wydać swoje zdjęcia w formie albumu książkowego. Niedawno byłem w pix.housie - fundacji zajmującej się fotografią. Nadal chciałbym zajmować się portretami naturalnymi. Bardzo cieszą mnie relacje, jakie udaje mi się przy tej okazji nawiązywać. Podczas jednej z sesji zdjęciowych realizowanych we współpracy z żerkowską biblioteką miałem okazję poznać uczestników zajęć z Środowiskowego Domu Samopomocy w Dobieszczyźnie. To było wyjątkowe zadanie, bo od tych ludzi czuć było wyjątkową autentyczność. Tak jak ten mój kolega Jerzy mówił o tym, że wlezę wszędzie z aparatem, tak mój wujek Eugeniusz powiedział mi kiedyś takie miłe słowa, że "tam, gdzie się zatrzyma Andrzej, tam ludzie zaczynają się zbierać". To miłe usłyszeć coś takiego o sobie. Jestem człowiekiem sentymentalnym i nie wstydzę się tego. Myślę też o szkole dokumentu prowadzonej w pix.housie. Specjalnie wybrałem się do Poznania na podsumowanie sezonu, aby zobaczyć, czy mam szansę się tam dostać. I stwierdziłem, po zobaczeniu jakby nie było świetnych publikacji, że mam, ale zobaczymy, co będzie za roku. Jeszcze rok temu bym nawet nie przypuszczał, że moje życie tak się potoczy i będę z panią rozmawiał. I że będę się zajmował fotografią, bo zawodowo robiłem też coś zupełnie innego. Splot różnych wydarzeń i relacji międzyludzkich zaowocował tą dzisiejszą rozmową. Mam nadzieję, że spowoduje ona, że ludzie zatrzymają się choć na chwilę i dostrzegą, jak niesamowita może być rzeczywistość. W Pigłowicach, gdzie prowadzę kółko fotograficzne, jeden z ojców podziękował mi za to, że dostrzegłem coś nadzwyczajnego w ich z pozoru zwyczajnych dzieciach. A ja staram się tylko nikomu nie podcinać skrzydeł. Jeżeli komuś muszę zwrócić na coś uwagę, zawsze próbuję to zrobić w możliwie najdelikatniejszy sposób. Warto mówić ludziom dobre rzeczy, bo tego mamy ciągle za mało.

reklama
WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo