Michał Wiraszko, lider poznańskiego zespołu Muchy, był dyrekotrem artystycznym Jarocin Festiwal w latach 2008, 2009, 2017 oraz 2018 i ponownie objął tę funkcję na dwa lata w 2026 roku. Muzyk promuje obecnie również wydaną w 2025 roku pierwszą solową płytę „Tak młodo się nie spotkamy”.
Wywiad z Michałem Wiraszką
Po koncercie na festiwalu w 1985 roku Grzegorz Ciechowski powiedział, że do Jarocina już nie wróci. Republika wróciła i wydaje się, że zrobiła to na własnych zasadach. Łatwo było to zorganizować?
Michał Wiraszko: Nosiłem ten pomysł dwa lata w sercu i głowie, a od stycznia żyłem nim codziennie. To jedno z najważniejszych i najpoważniejszych przedsięwzięć koncertowych w moim życiu, o szczególnym zabarwieniu. Niełatwe, ale zrodzone z czystej pasji i dziejowej powinności. Domknęliśmy pewien cykl. Po 40 latach od pamiętnego koncertu i 25 lat po odejściu Grzegorza, Republika do Jarocina wróciła i dzięki medalowi Gloria Artis pozostanie w nim już na zawsze.
Na scenie podczas koncertu „Moja Krew, Twoja Krew” obok legend stanęli przedstawiciele różnych pokoleń, a dobrze znane utwory wybrzmiały na nowo. Właśnie w takich projektach upatrujesz kulturotwórczej funkcji Jarocin Festiwal?
Zdecydowanie tak. To miejsce i ten festiwal ma szczególną rolę w naszej kulturze. Obok regularnych koncertów, które – mam nadzieję, dzięki kolejnym partnerstwom i rozwojowi festiwalu – będziemy mogli wzbogacić o artystów zagranicznych, to właśnie projekty sięgające wprost do dziedzictwa Jarocina postrzegam za wyróżnik na mapie polskich festiwali. Kolejny wyróżnik to Konferencja Rytmy Młodych, które w tym roku premierowo zorganizowaliśmy. Jarocin posiada mocną legitymację do tego, aby o muzyce mówić, muzyki uczyć i wprowadzać do muzycznego krwiobiegu Polski kolejne pokolenia. Mam nadzieję, ze to początek nowej, wspanialej historii tego festiwalu.
Dużo o kulturotwórczych działaniach mówiono przy okazji edycji Jarocina organizowanych w latach 2017-2018, w które również byłeś zaangażowany. Czego cię one nauczyły?
Oj, bardzo wiele się wówczas nauczyłem. Przede wszystkim, że należy słuchać ludzi. Tamte edycje na pewno były bardzo twórcze, może aż za bardzo. Nadal jestem fanem festiwalu w mieście, choć póki co uważam, że Jarocin Festiwal w tej formule ma swój dom na Maratońskiej. Myślę, że zabrakło wtedy roku, może dwóch, aby ten format się przyjął. Szkoda, że nie dano temu szansy, aczkolwiek mam wrażenie, ze dzisiejszy rozmach okołofestiwalowych działań miejskich ma swoje korzenie właśnie w tamtych latach. No i zostaną na zawsze wspomnienia wspaniałych koncertów Tomasza Stańki, Pere Ubu, Pussy Riot czy Public Image Limited, czy graffiti Johnny’ego Rottena na ścianie JOKu.
Co było najtrudniejsze w organizacji tegorocznej edycji?
Chyba największym wyzwaniem był czas. Przejęliśmy Festiwal w połowie listopada, czyli o jakieś dwa miesiące za późno względem prawideł sztuki impresaryjnej. Początki były nerwowe…
Podczas konferencji Walter Chełstowski wymienił dwa najważniejsze mierniki oceny festiwalu z perspektywy organizatora. Pierwszy to liczba uczestników. Jesteście zadowoleni z tegorocznej frekwencji?
Gdybyśmy ten festiwalu organizowali w warunkach typowych, czyli właśnie od września - powiedziałbym, że było bardzo przyzwoicie. W kontekście zawirowań i opóźnień, jakie towarzyszyły nam na starcie – był to ze wszechmiar sukces.
Kolejna sprawa to opłacalność finansowa. Możecie pod tym względem ogłosić sukces?
Jak wyżej.
Milion złotych dofinansowania z miasta to wystarczająca kwota na spięcie takiego wydarzenia?
Marzymy o wyższym wsparciu. To na pewno nie jest mało i jak widać można za to zrobić niezły festiwal, ale proszę pomyśleć, gdzie moglibyśmy być z programem i organizacją przy 1,5 czy 2 milionach złotych. Zresztą, nasze dofinansowanie, to nie milion a 850 tysięcy złotych brutto, co w warunkach rynkowych oznacza de facto ok. 700 tysięcy złotych netto. Nie narzekam, ale uważam, że warto pewne sprawy nazywać precyzyjnie, bo bardzo byśmy chcieli wspomniany milion otrzymać.
Jak współpracowało wam się z miastem?
Znamy się blisko 20 lat, dlatego pewne sprawy szły bardzo gładko. Myślę, że największym wyzwaniem jest w tej chwili zacieśnienie więzów z „Rytmami”. To przez lata zaniedbywany, a chociażby po tym roku widać, że bardzo pożądany aspekt. Będziemy nad tym pracować, podobnie jak nad tym, żeby całe miasto w festiwal było zaangażowane i abyśmy wszyscy grali do jednej bramki.
W opiniach festiwalowicze skarżyli się na organizację pola namiotowego czy trwające - ich zdaniem tylko - 20 minut koncerty. Planujecie w tym zakresie wprowadzić zmiany w przyszłym roku?
Zdecydowanie! Pole i czas przejścia między scenami padły ofiarą pogody. Dwa z trzech dni odbywały się w trybie „pod napięciem”. Nie narzekamy i nie unikamy odpowiedzialności. Te sprawy trzeba było przemyśleć i tak właśnie się dzieje.
Jakie masz pomysły na przyszłoroczną edycję pod względem artystycznym? Są już zabookowani pierwsi artyści?
Mam, ale póki co to tajemnica. Proszę sprawdzać nasze kanały, mam nadzieję że będziecie usatysfakcjonowani.
Pojawią się zagraniczne zespoły?
Bardzo, bardzo, bardzo bym chciał. To jednak zależy od sponsora. Rozmowy trwają, proszę mocno trzymać kciuki!
Obecnie w Polsce organizowanych jest bardzo dużo festiwali, w których słuchacze chętnie biorą udział. Czym Jarocin Festiwal może się wyróżnić na tle konkurencji?
Na pewno historią i atmosferą. Cokolwiek by nie powiedzieć, koncert w Jarocinie to zawsze inna energia i moc, niż ten sam koncert gdzie indziej. W końcu nasz festiwal jest tylko o rok młodszy od pierwszego, oryginalnego Woodstocku z roku 1969. To dziedzictwo zobowiązuje i w oparciu o nie będziemy budować legendę kolejnych edycji.
Czego wieloletni związek z Jarocinem nauczył cię o festiwalu?
O festiwalu czy festiwalach w ogóle nauczył mnie wszystkiego, czy prawie wszystkiego. Natomiast Jarocin to dla mnie coś więcej. W zasadzie Jarocin to cała moja dorosłość i ogromna szkoła życia. Przyjechałem tu jako 25-latek obdarzony olbrzymim zaufaniem i odpowiedzialnością. Dzięki dobrym ludziom nie „utonąłem” i na zawsze już Jarocin będzie miał szczególne miejsce w moim sercu. Zawsze powtarzam – Stargard dał mi wychowanie, Poznań – wykształcenie, a Jarocin zatrudnienie.
Walter Chełstowski zaapelował, by powierzyć ci funkcję dyrektora artystycznego Jarocin Festiwal na pięć lat. Przyjąłbyś taką propozycję?
Z największą przyjemnością i zaszczytem!
Jakie jest twoje największe marzenie dotyczące Jarocin Festiwal?
Zaliczyć pierwszy w historii festiwalu sold-out. To by było coś!
Komentarze (0)