"Historia Polski zamknięta w tym jednym życiorysie"
19 marca na boreckim cmentarzu odbyły się uroczystości pogrzebowe, przygotowane przez Muzeum Powstania Warszawskiego, z udziałem Wojciecha Kolarskiego, sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP.
- Uczestniczyłem w ostatnim pożegnaniu, ostatniego żyjącego żołnierza Batalionu Parasol. Odeszła osoba, która korzeniami jest z Wielkopolski, ale była powstańcem warszawskim. Później wróciła do wielkopolskiej ziemi, tutaj żyła, tutaj spoczęła - stwierdził sekretarz stanu, po zakończeniu uroczystości pogrzebowych. - To jest historia Wielkopolski, historia Warszawy i historia Polski zamknięta w tym pięknym życiorysie. Obowiązkiem państwa polskiego jest oddawać cześć swoim bohaterom. Bardzo się cieszę, że społeczność Borku Wielkopolskiego, liderzy lokalnej społeczności, burmistrz, harcerze, strażacy są tutaj właśnie, żeby pokazać jak ważna to była osoba.
WIĘCEJ TUTAJ - KLIKNIJ w obrazek poniżej
Liliana Mikołajczyk-Mazurczak, córka śp. Krystyny Mikołajczyk, bohaterki konspiracyjnych działań z Batalionu Parasol, po nabożeństwie na cmentarzu znalazła chwilę, by porozmawiać z dziennikarzami. Przyznała, że jest zaskoczona, ponieważ w ogóle nie wiedziała, że mama jest ostatnią z Batalionu „Parasol”. Podczas wojny była sanitariuszką i łączniczką.
- Ten fakt ujęty w liście od prezydenta, bardzo mnie zaskoczył, bo tej historii aż tak wnikliwie nie śledziłam. Jestem w kontakcie z Muzeum Powstania Warszawskiego, które właściwie cały pogrzeb zorganizowało - powiedziała Liliana Mikołajczyk-Mazurczak.
Chaos, wielkie poruszenie. Nie zdawała sobie sprawy, że wybuchła wojna
Kiedy wybuchła wojna, śp. Krystyna Biernacka (to panieńskie nazwisko) miała 12 lat. Jak zapamiętała ten moment, we wrześniu 1939 roku, opowiedziała w wywiadzie z 2007 roku, (Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego).
"W ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Było wielkie poruszenie, więc jako młoda, dwunastoletnia dziewczynka widziałam, że jest wielki ruch, że zapasy robią, przynoszą. Ojciec przynosił paczki, wszystkiego byłam bardzo ciekawa. Potem zaczęło się od tego, że mama chciała ze mną iść po zakupy. Poszłyśmy, za Ogrodem Saskim było targowisko za Żelazną Bramą. Mówiła: „Tam są tanie owoce, jeszcze kupimy wszystko”. Tam zobaczyłam po raz pierwszy samoloty. Ludzie wszyscy patrzyli, mówią: „To polskie! Polskie!”. Od razu posypały się pociski. Były schrony, jak to na targowisku, otworzyli, przeważnie byli Żydzi, myśmy wszyscy schowali się do schronu i po raz pierwszy zobaczyłam straszną panikę, straszny bałagan w schronach. Ale to krótko trwało, to bombardowanie, więc dosyć pospiesznie wróciłyśmy do domu i muszę powiedzieć, że tam strat jakichś specjalnych [nie było], chodziło raczej Niemcom o postraszenie nas. Myśmy mieszkali w Warszawie na czwartym piętrze, ale odtąd już właściwie siedzieliśmy w piwnicy. Co najbardziej dało się nam we znaki, to przede wszystkim głód. Trzy tygodnie trwało oblężenie Warszawy. Ojciec mój był powstańcem wielkopolskim, ale już był w takim wieku, że do wojska nie był zaciągnięty. Natomiast brata mojego jako harcerza zabrali z Warszawy, szedł w kierunku Garwolina, w Garwolinie został jakiś czas. Myśmy siedziały w piwnicy i w ten sposób upływały dni. Stale komunikaty, stale bombardowania, stale drżenie, ale jako dziecko, muszę powiedzieć, bardziej byłam zainteresowana niż przestraszona tym, co się dzieje. Pierwsze, co zapamiętałam najbardziej, to głos naszego prezydenta Warszawy, Starzyńskiego. Do dzisiejszego dnia pamiętam, że mówił z chrypką i z olbrzymią miłością do Warszawy, do warszawiaków. Prosił, żeby apteki były otwarte, żeby dawać lekarstwa, żeby się trzymać, żeby być dzielnym. Potem wszystko ucichło i okazało się, że Warszawa kapituluje. Wybiegłam ze schronu i pobiegłam przez Kredytową do Marszałkowskiej. Tu zobaczyłam Niemców – wkraczali do Warszawy. Nawet spojrzałam na nich, ładnie maszerowali, były kolumny, które miały zaimponować siłą – tak sobie teraz myślę – i z zaciekawieniem patrzyłam. Potem strasznie mi się zrobiło przykro, że to nie polscy żołnierze, popłakałam się i uciekłam do domu. Tak wyglądał początek wojny".
Była pelna obaw, nie mówiła o powstańczej przeszłości
W legendarnym batalionie "Parasol" śp. Krystyna Biernacka, jako nastolatka, była łaczniczką i sanitariuszką. Do działań młode dziewczyny przygotowywały siostry samarytanki:
Zostałam tylko z matką. Wtedy zaczęłam chodzić do gimnazjum, w którym umieścił mnie ksiądz od Świętego Krzyża, do gimnazjum Gepnerówny, gdzie uczyłam się i [gdzie] była komórka harcerska Szarych Szeregów. Wtedy już pracowałam normalnie, rano szłam do szkoły, a po lekcjach były szkolenia. Samarytanki uczyły nas, jak się poruszać po Warszawie, żeby znać wszystkie dzielnice, bo był kolportaż, roznosiłyśmy meldunki. Naturalnie samarytanki uczyły nas robić zastrzyki, żeby pomagać w momencie Powstania.
Do konspiracji została wciągnięta przez koleżanki z harcerstwa. Córka śp. Krytyny Biernackiej - Mikołajczak przyznała, że mama o swojej powstańczej przeszłości przez długi czas, nie mogła mówić, nie była w stanie.
Za to, że była w Szarych Szeregach, i w ogóle, że była w powstaniu - a nie wiedzieli, że była też w Armii Krajowej - dlatego już nie dostała stypendium na studiach. Dopiero po jakimś czasie, kiedy już doszło do zmiany ustroju, to zaczęła opowiadać. My też właściwie dowiadywałyśmy się o tej przeszłości, o faktach z dzieciństwa, takimi urywkami. Właściwie najwięcej usłyszałyśmy na spotkaniach z koleżankami z Szarych Szeregów, na które mama nas zabierała. Wówczas wszystkie panie opowiadały, a ja słuchałam i najwięcej się dowiadywałam - przyznała pani Liliana.
Jako dziecko bardzo traumatycznie odbierała te wspomnienia, gdyż mama z dużą wrażliwością, traumą, przekazywała te informacje.
Zawsze mamie się zmieniał głos, była bardzo spięta, kiedy mówiła o powstaniu. Opowiadała, że umierało bardzo wiele osób jej najbliższych, z którymi była na Starówce - a to było jedno z najgorszych miejsc w czasie Powstania Warszawskiego. Nie zapomnę, kiedy mówiła, że jak przynosili rannych chłopaków w kocu, to każdy wołał mamy. Później dopiero zaczynałam odtwarzać te wszystkie wspomnienia z tego, co mi raz spisała - powiedziała pani Liliana.
Represjonowana za udział w Powstaniu Warszawskim
Córka śp. Krystyny, ps. Kali, zdradziła, że mimo że mama była Warszawianką, została pochowana w Borku - tak, jak sobie życzyła.
Ponieważ po zakończeniu II wojny światowej, tutaj sprowadziła się do cioci, po powrocie z robót w Niemczech. Dom w Warszawie, w czasie wojny przestał istnieć, został zburzony. Mama opowiadała, że jak przyjechała do Borku, to stała pod piecem i płakała, że tu się nic nie dzieje, bo akurat Nadrenię, gdzie przebywała w obozie pracy, wyzwalali Amerykanie - wspominała Liliana Mikołajczyk, córka zmarłej.
Bohaterka Batalionu Parasol, po wojnie była represjonowana.W jednym z wywiadów nie wpominała miło urzędników z Gostynia.
"Dostałam od razu najniższą kategorię kartek. Moja mama poszła, żeby jakąś zapomogę nam dali, do Gostynia wybrała się, bo to był Borek Wielkopolski, i mówiła, że straciła całą rodzinę, mówiła o Powstaniu Warszawskim, o swoim synu, że został aresztowany, i dostała taką odpowiedź: „Po co pani do nas przychodzi? Pani syn przecież walczył przeciwko nam. To była inna Polska, to była sanacja”. Naturalnie nie dostała ani grosza, żadnej zapomogi, niczego. Kompletnie. Ciocia była krawcową, wysokiej klasy, potrafiła zarobić, potrafiła mnie wykształcić. W Jarocinie ukończyłam [szkołę], zdałam maturę".
Kochające się szwagierki... stworzyły ciepły dom
Córka śp. Krystyny Mikołajczyk podkreślała, że śp. Krystyna Biernacka Mikołajczyk z ziemią borecką była bardzo związana, chociaż dziś nie pozostał tutaj już nikt z rodziny.
Zakładała harcerstwo, a później kontynuowała edukację, rozpoczętą w stolicy. Jeździła do liceum do Jarocina, poznała młodzież, miała coraz więcej znajomych, bardzo dobrze się zaaklimatyzowała, bardzo dobrze się tutaj czuła. W czasie dojazdów do Poznania na uczelnię, poznała mojego tatę. Mówiła, że organizowali tu w Borku bardzo ciekawe życie towarzyskie, jakieś spektakle - opowiadała po pogrzebie Liliana Mikołajczyk-Mazurczak.
Ostatni raz śp. Krystyna ps. Kali odwiedziła Borek 15 lat temu. Pani Liliana stwierdziła, że Jadwiga Biernacka (ciocia zmarłej, po ojcu) i Maria Biernacka (matka zmarłej) były najbardziej kochającymi się szwagierkami na świecie.
Mama, nawet jak była chora i miała chwile braku świadomości, to zawsze chciała wstawać z łóżka i jechać do Borku - opowiadała Liliana Mikołajczyk-Mazurczak.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.