Père-Lachaise o Jarocinie, post-punku, polityce i nowej płycie „Spirale” [WYWIAD]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Père-Lachaise o Jarocinie, post-punku, polityce i nowej płycie „Spirale” [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Autor: archiwum zespołu | Opis: Père-Lachaise: Nie zamierzamy wskazywać, która partia jest dobra, a która zła
Zobacz
galerię
33
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
KulturaMyślę, że dla słuchacza nasz nowy album będzie o wiele intensywniejszym doświadczeniem niż debiut. Kiedy ostatnio słuchałem tych utworów w zaplanowanej przez nas kolejności, to nawet na mnie - choć doskonale znam te dźwięki - zrobiło to duże wrażenie - mówi o nadchodzącym albumie „Spirale” Tymoteusz Mikołajczyk, wokalista zespołu Père-Lachaise.
reklama

„Żyjmy tak, żeby za pięćdziesiąt lat pochowali nas na Père-Lachaise” - brzmi jeden z wersów utworu „Mia Wallace” zespołu Père-Lachaise, finalistów Wielkopolskich Rytmów Młodych. Grupa wystąpi w sobotę, 18 lipca, podczas festiwalu w Jarocinie. 

Wywiad z Père-Lachaise

Zajęliście drugie miejsce w zeszłorocznych Wielkopolskich Rytmach Młodych, zapisując się w świadomości jarocińskiej publiczności. Na konkursową scenę wyszło sześciu eleganckich panów z mocnym manifestem. Jak się zakłada tak charakterystyczny zespół?

Mikołaj Stopczyński: Wszystko wyszło dosyć spontanicznie. Od zawsze byłem zasłuchany w muzykę post-punkową i zimnofalową. W pewnym momencie trafiłem na utwór „Cień ” rapera Szczyla z gościnnym udziałem Piotra Roguckiego. Numer jest oparty na świetnym, zimnofalowym bicie - trochę w klimacie Molchat Doma. Wtedy zapaliła mi się lampka: to jest nisza, która wciąż czeka na zagospodarowanie. W pierwszej kolejności odezwałem się do Tymka. Rzuciłem luźny pomysł. Wiedziałem, że oprócz działania w Kolektywie Fala, Tymek ma mocne korzenie zimnofalowe, jeśli chodzi o muzykę, której słuchał. On, w swoim stylu, odpowiedział krótko: „Zrobimy coś razem, wierzę”. Przez pewien czas nic nie zapowiadało, że projekt ruszy, aż w międzyczasie poznałem Kubę Grzechowiaka. Jemu też wspomniałem o pomyśle, a Kuba... dosłownie na drugi dzień założył grupę na Messengerze i dodał do niej resztę chłopaków. Spotkaliśmy się na pierwszej próbie w Centrum Kultury „Scena to dziwna” w Gnieźnie. 

reklama

Oliwer Głowski: Dodam tylko małą anegdotę. Byłem jedyną osobą, która dowiedziała się o powstaniu zespołu dzień wcześniej - właśnie od Kuby Grzechowiaka. Spotkaliśmy się, a Kuba wypalił, że rusza z projektem post-punkowym. Szczerze? Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, czym jest post-punk. Dopiero później zorientowałem się, że rozmawiamy o klimatach w stylu The Cure czy Depeche Mode. 

Mikołaj: To zabawne, bo o ile od początku chciałem iść w stronę zimnej fali i post-punku, o tyle większość naszego składu nigdy wcześniej nie siedziała w tych klimatach. Chłopacy obracali się w skrajnie różnych gatunkach: od rocka progresywnego i jazzu, przez rap, aż po deathcore. Początki były więc ciągłym docieraniem się. Każdy wnosił coś zupełnie innego od siebie i powstała z tego mieszanka, którą dziś trudno mi jednoznacznie zdefiniować.

reklama

Tymoteusz Mikołajczyk: Myślę, że kluczowym czynnikiem w tworzeniu takiego zespołu, jak nasz, jest czas. Nad pierwszą płytą pracowaliśmy około dwóch lat. Nie wynikało to z braku pomysłów, ale z faktu, że potrzebowaliśmy właśnie czasu i przestrzeni, aby się zgrać. Dużo jamowaliśmy, rozmawialiśmy godzinami między wykonywaniem kolejnych numerów. Druga sprawa to czasy, w których żyjemy. Nasz przekaz to po prostu obserwacja rzeczywistości, ubrana w metafory. Choć to ja piszę większość tekstów, to rodzą się one z naszych wspólnych rozmów, a także z dyskusji z naszymi przyjaciółmi i znajomymi.

W tych rozmowach na samym początku przewija się też najstarszy polski festiwal rockowy? Inspirowaliście się zespołami przyjeżdżającymi do Jarocina?

Tymoteusz: Zdecydowanie. Podczas naszego pierwszego spotkania niemal w całości powstał utwór „Nie krzycz, nie płacz” - ewidentny follow-up i nawiązanie do Siekiery, która w swoich czasach całkowicie zawładnęła Jarocinem. Co ciekawe, my sami przez bardzo długi czas w ogóle nie myśleliśmy o tym, żeby zgłaszać się do Wielkopolskich Rytmów Młodych. Ten pomysł po prostu nie wpadał nam do głowy. Dopiero podczas przeglądu Gostyńskie Rockowania, Tomek Jankowski - jeden z jurorów jarocińskiego konkursu - rzucił w rozmowie z nami: „Hej, skoro tu jesteście, to zgłoście się do Jarocina. Zobaczcie, co się wydarzy. Może się dostaniecie, może nie, ale to świetna przygoda”.

reklama

Tymek, w jednym z wywiadów powiedziałeś, że wywodzisz się z rapu. Co przesądziło, że ostatecznie zdecydowałeś się na stylistykę post-punkową? Choć trudno powiedzieć, że całkowicie porzuciłeś rap, bo przecież wciąż z niego korzystasz.

Tymoteusz: To dla mnie zawsze interesujący temat. Z mojej perspektywy, korzystam z rapu już wyłącznie od strony technicznej, na zasadzie odnoszenia się do moich korzeni. Samo przejście na styl Père-Lachaise było bardzo naturalne. Od zawsze słuchałem niezwykle różnorodnej muzyki, w tym ogromnych ilości zimnej fali. Mikołaj może to potwierdzić. Mijaliśmy się kiedyś na slamach poetyckich w Gnieźnie. Chodziłem wtedy w czarnych włosach i w długim, czarnym płaszczu z przekreślonym napisem „hate” - stylizowałem się trochę na Iana Curtisa z Joy Division. Ten mroczny klimat był więc we mnie od dawna. Dobrze pamiętam moment, kiedy byłem w Londynie na urodzinach mojego wujka, który grał tam w zespole. Zabrał mnie na próbę. Pod koniec chłopaki zaczęli jamować, a że wiedzieli, że rapuję, zawołali: „Dobra, wpadaj do nas na majka!”. Podkręciłem się, nawinąłem coś, a perkusista z mocnym, podlondyńskim akcentem rzucił: „Stary, nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz, ale masz taką energię, że musisz założyć zespół”. To zakodowało mi się w głowie. Kiedy Mikołaj przyszedł do mnie z propozycją, nie byłem przekonany, że to wszystko dojdzie do skutku, ale z drugiej - podświadomie bardzo tego chciałem. I nie żałuję. Nawet mniejsze, kameralne koncerty rockowe dają zupełnie inną bajkę niż koncerty rapowe. Żywe instrumenty generują na scenie potężną dawkę energii. Na ten moment nie potrzebuję niczego więcej.

reklama

Którzy raperzy cię inspirują?

Tymoteusz: Od dzieciaka byłem absolutnie zasłuchany w Pezeta. To jedna z tych postaci, które najmocniej wpłynęły na to, jak dzisiaj piszę teksty. Swego czasu mocno jarałem się też Quebonafide. Byłem zresztą na Jarocinie, na którym grał - to była edycja chyba najbardziej odklejona od pierwotnej idei festiwalu. Pamiętam, że organizatorzy tłumaczyli, że chcieli po prostu sprawdzić formułę będącą odpowiedzią na dzisiejsze potrzeby młodych ludzi. Ogólnie słucham bardzo dużo rapu. Jeśli chodzi o technikę wokalną, spory wpływ miał na mnie Miodu z zespołu Jamal - a konkretnie utwory z ich ostrzejszej, bardziej rockowej płyty „Miłość”. Choć on sam nie jest raperem, to na tym krążku momentami wręcz rapował. Ten album w dużej mierze ukształtował to, jak brzmię dzisiaj wokalnie w Père-Lachaise.

Mikołaj, Oliwer, jak to jest z waszymi inspiracjami?

Mikołaj: Od dzieciństwa przechodziłem przez najróżniejsze gatunki. W moim domu rodzinnym słuchało się mnóstwo grunge’u, więc naturalnie dorastałem na Pearl Jam czy Alice in Chains. Dopiero z czasem, odkrywając nowe muzyczne przestrzenie, zafascynowała mnie zimna fala i szeroko pojęty post-punk. Największą inspiracją były dla mnie początki polskiego Varieté, Made in Poland czy 1984. No i oczywiście mój ukochany zespół The Cure, na którego koncercie miałem okazję ostatnio być. Szczególnie ich wczesny okres z płyt „Seventeen Seconds”, „Faith” i „Pornography” - to są dla mnie po prostu przepiękne rzeczy. Kiedy formowało się Père-Lachaise, byłem w takim momencie życia, że moje poprzednie, lokalne zespoły się porozpadały. Miałem w sobie gigantyczny głód tworzenia, więc to, że trafiliśmy na siebie z chłopakami, wydarzyło się w idealnym momencie.

Oliwer: Ja pod względem inspiracji trochę różnię się od chłopaków. Tak jak wspominałem, o samym istnieniu terminu „post-punk” dowiedziałem się dopiero na naszej pierwszej próbie. Wychowałem się na zupełnie innych dźwiękach - na jazzie i rocku progresywnym, z ogromnym naciskiem na to drugie. Jednym z moich pierwszych koncertów w życiu, na jaki pojechałem jako ośmiolatek, był występ grupy Rush w Manchesterze. Myślę, że przez to moje tło zdarza mi się czasem przemycić do naszej muzyki patenty, które z klasycznym post-punkiem mają niewiele wspólnego. Zresztą sami często rozmawiamy w zespole o tym, czy naszą twórczość można jeszcze w ogóle szufladkować jako post-punk. W moim przypadku to zdecydowanie progresywne korzenie grają pierwsze skrzypce.

Dalsza część tekstu pod zdjęciem

fot. Maciej Biegański. Père-Lachaise podpisują się na ścianie Jarocińskiego Ośrodka Kultury

Łatwo jest dziś dotrzeć do odbiorcy z muzyką, jaką tworzycie? Wspomnieliście, że organizatorzy Jarocin Festiwal eksperymentowali z formułą, szukając odpowiedzi na współczesne potrzeby młodzieży. Czy wy, wchodząc na scenę, czujecie, że wasza muzyka „zażera” i trafia do młodych?

Tymoteusz: Perspektywę, że w ogóle mamy odbiorców, zyskaliśmy bardzo szybko, bo nasz pierwszy numer został przyjęty - jak na tamten etap - o wiele lepiej, niż się spodziewaliśmy. Patrząc na serwisy streamingowe, ci słuchacze cały czas z nami są. Oczywiście nie mówimy tu o liczbach rzędu kilkudziesięciu tysięcy. Na dzień dzisiejszy nie wyprzedalibyśmy trasy koncertowej po Polsce, nawet w średniej wielkości klubach - choć mam głęboką nadzieję, że zmieni się to przy następnej płycie. Niezwykle ciekawe jest to, kto nas słucha. Niektórzy odbiorcy próbują nas nazywać „głosem pokolenia”, ale ja podchodzę do tego z dużym dystansem. Na koncertach widzimy oczywiście młodych ludzi - nastolatków w wieku 17-19 lat, którzy są niesamowicie zaangażowani w nasze numery. Co ciekawe, zaledwie dwa dni temu napisał do nas chłopak, który kręci film dokumentalny o kulturze BMX i zapytał, czy może wykorzystać w nim naszą muzykę. To idealnie pokazuje, że Père-Lachaise ma potencjał, żeby docierać do młodych. Jednak drugą, równie liczną (a czasem liczniejszą) grupą, która przychodzi na nasze koncerty są ludzie w wieku naszych rodziców, czyli pokolenie 50 plus. 

Uważacie, że muzyka rockowa ma dziś potencjał, by realnie wpływać na ludzi, zmieniać ich postrzeganie świata?

Oliwer: To świetne pytanie, ale najpierw należałoby zapytać: czym obecnie w ogóle jest muzyka rockowa? Kiedyś definicje były o wiele prostsze, a dziś wszystko mocno się wymieszało. Jeśli spojrzymy wstecz, to już w latach 2000. nu metal połączył ciężkie gitary z rapem. Ten proces cały czas postępuje. Czy niektóre utwory Quebonafide, choćby ten z Mrozem na płycie „Romantic Psycho”, nie mają w sobie czegoś rockowego? Myślę, że rock ma w sobie tę siłę, ale dziś kompletnie zmienili się twórcy i nie da się ich wrzucić do jednego wora.

Tymoteusz: Pytanie brzmi raczej: na ile ludzie są dzisiaj gotowi, by muzyka zmieniała ich na głębszym poziomie? Czy muzyka może wpływać na jednostkę? Tak. Ale czy potrafi dziś wywołać wielki, masowy przełom społeczny? Nie wiem, czy w obecnych czasach to możliwe, choć nie wykluczam, że kiedyś będzie. Rozmawialiśmy o tym niedawno w zespole. Trudno mi wskazać jakikolwiek koncert, który w ostatniej dekadzie czy piętnastoleciu odbył się w naszym kraju, o którym mówiłaby absolutnie cała Polska. Potencjał w tej muzyce jest zawsze. To, czy potrafimy go jako artystyczne pokolenie wykorzystać, to zupełnie inna kwestia.

Mikołaj: Mam wrażenie, że globalnie brakuje po prostu nowych, wielkich rockowych marek z prawdziwego zdarzenia. Kiedy patrzy się na współczesne line-upy największych festiwali czy na zespoły, które realnie wyprzedają stadiony, w kółko kręcą się te same nazwy co 20 czy 30 lat temu. 

Oliwer: Nowe kapele oczywiście powstają, ale z jakiegoś powodu przebicie się do skali globalnej rozpoznawalności jest dziś ekstremalnie trudne. Pałeczkę pierwszeństwa przejęły po prostu inne gatunki muzyczne. Czy to oznacza, że rock umiera i nie dociera do ludzi? Absolutnie nie.

Mikołaj: Świetnym dowodem na to jest nowa fala brytyjskiego i irlandzkiego post-punku, która udowadnia, że ten brudny, gitarowy klimat wciąż ma ogromne wzięcie i potrafi przynieść powiew świeżości. Wystarczy spojrzeć na nasz Open'er Festival - koncerty Idles czy Viagra Boys przyciągnęły tłumy, a Fontaines D.C. idzie jak burza i zdobywa coraz większy prym, wyprzedając w Polsce kluby wielkości Stodoły. Wracając do wątku Jarocina i tego, jak festiwal będzie wyglądał za kilka lat: z jednej strony publiczność narzeka, że „w kółko grają ci sami”, a z drugiej strony - ta starsza generacja wciąż oczekuje tych samych, legendarnych nazwisk. Często brakuje im chęci na odkrywanie nowości. Chcę jednak wierzyć, że wśród młodszych pokoleń jest inaczej. Nadzieję dają mi takie inicjatywy jak Unknown Band.

Wiele zespołów zgłasza się do Jarocina z nadzieją, że to właśnie tutaj wypłynie, pokaże się szerszej publiczności i dostanie szansę na wydanie debiutu. Z wami było nieco inaczej - wy swój pierwszy album „Wszystko wokół wreszcie płonie” mieliście już na koncie. Jak wyglądały kulisy powstawania tej płyty?

Mikołaj: Album otwiera utwór „W ciągłym biegu chcę tylko wziąć oddech” i ten tytuł chyba najlepiej definiuje cały proces jego powstawania. Same kompozycje i pomysły krystalizowały się w naszych głowach przez około dwa lata. Realizacja - czyli nagrania, miks i mastering - okazała się drogą przez mękę. Wszystko robiliśmy całkowicie własnym sumptem. Działaliśmy na zasadzie klasycznej metody prób i błędów. Choć Kuba czy Tymek mieli już wcześniej jakieś skromne doświadczenia wydawnicze na mniejszą skalę, to praca nad pełnoprawnym albumem Père-Lachaise była czymś zupełnie nowym. Nie do końca wiedzieliśmy, jak ugryźć niektóre kwestie techniczne, a czas nieubłaganie nas gonił. Przyznam szczerze, że z dzisiejszej perspektywy najchętniej nagrałbym tę płytę jeszcze raz, bo doskonale widzę, ile rzeczy potrafiłbym zrobić lepiej. Z drugiej strony, ta pewna surowość i niedoskonałość ma swój unikalny urok. Ten debiut dał nam potężną lekcję - pokazał, jak cały proces wygląda w praktyce, i mimo wielu rzucanych pod nogi kłód, okazał się niesamowitą przygodą.

Tymoteusz: Ja z kolei postrzegam tę płytę jako uroczo i pozytywnie szczeniacką. To słychać na każdym poziomie - od aranżacji, które dzisiaj na pewno rozpisalibyśmy inaczej, przez niedociągnięcia brzmieniowe, aż po moje wokale, których kiedy czasem słucham, łapię się za głowę i myślę: „Co tam się właściwie wydarzyło?”. W samych tekstach też jest pewna doza naiwności. Uważam jednak, że to całkowicie naturalne. To był nasz debiut i ta szczeniackość wynikała z etapu rozwoju, na jakim jako zespół się znajdowaliśmy. Dokładnie taka ta płyta musiała być. Dzięki temu mamy teraz znacznie większe pole do popisu przy drugim albumie - łatwiej będzie nam pokazać progres. To, czy wyjdzie nam to lepiej, czy gorzej, ocenią już słuchacze. Bardzo lubię ten debiutancki materiał. Przez półtorej roku od premiery wracałem do niego niezwykle często. Teraz robię to rzadziej, ale tylko dlatego, że jesteśmy już całkowicie pochłonięci pracą nad nową płytą. Warto dodać, że nasz debiut był koncept-albumem, ale sam koncept wspólnej opowieści stworzyłem post factum. Świadomie utkałem sieć lirycznych nawiązań, żeby te utwory układały się w spójną historię. Co ciekawe, słuchanie tej płyty w losowej kolejności również tworzy intrygującą perspektywę - w niemal każdej konfiguracji tracklisty słuchacz przechodzi przez zupełnie inną opowieść. Gorąco polecam taki eksperyment. Podsumowując: to album pozytywnie szczeniacki i dokładnie taki miał być.

Oliwer: Mogę tylko podpisać się pod słowami Tymka. Choć płyta została wydana w dość surowy, młodzieńczy sposób, to sam proces jej tworzenia był dla nas wszystkich bezcenną, gigantyczną lekcją.

Po lekcjach w studiu przyszedł czas na kolejne wyzwanie: przyjeżdżacie do Jarocina. Jak dzisiaj wspominacie ten etap?

Oliwer: Pamiętam, że po przeglądzie w Gostyniu minęły chyba ze dwa lub trzy miesiące, zanim dowiedzieliśmy się, że jedziemy na Wielkopolskie Rytmy Młodych. Nigdzie wcześniej głośno o nas nie było, nigdzie poza Gnieznem i okolicami nie graliśmy, więc przeżyłem lekki szok, gdy stanęliśmy w telewizyjny studiu, a przed nami zasiadało jarocińskie jury. Znałem legendę tego festiwalu i samych Rytmów Młodych, więc niesamowicie podjarałem się tym pierwszym etapem. W drugi etap weszliśmy już z naszym standardowym nastawieniem. Zagraliśmy po prostu regularny koncert. Wyszliśmy na scenę i zrobiliśmy to, co potrafimy najlepiej, bez sztucznej spiny czy silenia się na aktorstwo.

Tymoteusz: Choć w pierwszym odruchu niektórzy - pozdrawiamy tu Kathię i Kubę Kawalca - mogą odnieść wrażenie, że to moje zachowanie na scenie podchodzi pod gwiazdorzenie (śmiech). Nic z tych rzeczy, to po prostu mój specyficzny styl bycia i ekspresji scenicznej. Wiedzą o tym wszyscy, którzy byli na więcej niż jednym naszym koncercie. Jarocin był dla nas przede wszystkim pierwszym występem na tak ogromną skalę. Już po samych Rytmach, na głównej scenie, zderzyliśmy się z zupełnie innym światem. Nagle podchodzą technicy i mówią: „Panowie, wy niczego sami nie podpinacie. Dajcie nam sprzęt, my wszystko zrobimy”. Perkusja stała na specjalnym, jeżdżącym podeście, który wystarczyło tylko wysunąć na scenę, zamiast rozstawiać ją w stresie w pięć minut. Nie chcę przez to powiedzieć, że kluby, w których graliśmy wcześniej, były nieprofesjonalne. Chodzi po prostu o zupełnie inną skalę rozmachu. Dla nas jako ekipy to był też pierwszy tak długi wspólny wyjazd. Do tej pory, nawet jak graliśmy próby po 8-10 godzin, to pod koniec dnia każdy wracał do swojego domu i mógł od reszty odpocząć. A w Jarocinie byliśmy skazani na siebie od czwartku do niedzieli, przez cztery dni non stop. I okazało się, że to świetnie działa. To był dla mnie bardzo ważny test zespołowej chemii.

Mikołaj: Cały festiwal i Rytmy to było piękne doświadczenie również z perspektywy czysto fanowskiej. Etap półfinałowy dał nam szansę na odkrycie świetnych kapel, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Do dzisiaj prywatnie namiętnie słucham chłopaków z Neustadt czy Loveworms i szukam inspiracji w tym, co robią. Do tego doszły nowe branżowe kontakty, spotkania z muzykami będącymi na tym samym etapie co my - jak choćby z Lulu Suicide - oraz poznanie idoli z dzieciństwa. Niezapomnianym momentem było to, gdy Piotr Banach zaprosił wszystkich uczestników Rytmów Młodych na scenę podczas finałowego koncertu.

Tymoteusz: No tak, stać na jednej scenie i śpiewać ramię w ramię z panem Wojciechem Waglewskim to niesamowita rzecz. A z samym Waglewskim wiąże się zresztą genialna anegdota...

Oliwer: O tak! Sytuacja była przekomiczna. Podczas koncertu Piotra Banacha stałem za kulisami. Obok mnie opierał się jakiś starszy pan. Muzyka grała głośno, ja go w tym półmroku kompletnie nie poznałem, więc nachylam się do niego i krzyczę mu prosto do ucha: „Fajnie grają, co?! Ładnie to brzmi!”. On spojrzał na mnie i spokojnie odpowiedział: „No, fajnie, fajnie...”. Dopiero po jakichś pięciu minutach dotarło do mnie, z kim rozmawiam. Podszedłem z powrotem i powiedziałem tylko: „Przepraszam najmocniej panie Wojciechu, bardzo miło mi pana poznać! Miło być tutaj razem z panem”.

Tymoteusz: Kontynuacja tej historii miała miejsce na festiwalu Zew się budzi, Oliwer podszedł do Fisza i powiedział: „Słuchaj, w zeszłym roku w Jarocinie rozmawiałem z twoim ojcem” (śmiech).

Czego w tym roku w Jarocinie słuchacze mogą spodziewać się po waszym występie?

Tymoteusz: Zagramy głównie numery, które słuchacze już znają z naszego debiutu, ale zaprezentujemy je w nieco odświeżonych aranżacjach. Chcę wierzyć - i taki też dostajemy feedback od ludzi – że jesteśmy dziś na zupełnie innym poziomie technicznym i wykonawczym. Szykujemy też coś specjalnego. Jarocińska publiczność usłyszy przedpremierowo pierwszy singiel z naszego nadchodzącego, drugiego albumu. Oficjalnie ten numer trafi do sieci dopiero w drugiej połowie sierpnia. Przy okazji możemy już zdradzić tytuł nowej płyty - krążek będzie nazywał się „Spirale”.

Jaka to będzie płyta?

Mikołaj: Eklektyczna.

Tymoteusz: To będzie totalny rollercoaster. Myślę, że dla słuchacza ten album będzie o wiele intensywniejszym doświadczeniem niż debiut. Mamy już gotową połowę materiału. Kiedy ostatnio słuchałem tych utworów w zaplanowanej przez nas kolejności, to nawet na mnie - choć doskonale znam te dźwięki - zrobiło to duże wrażenie. Są tam ostre, agresywne wjazdy i nagłe, gwałtowne spadki napięcia. „Spirale” od początku były pomyślane jako album koncepcyjny, ale na tym etapie nie chcemy jeszcze zdradzać zbyt wielu szczegółów. Sam tytuł zostawia już spore pole do własnych interpretacji.

Oliwer: Patrząc na to od strony czysto muzycznej, na nowym materiale na pewno nie znajdziecie już tej wspomnianej wcześniej „szczeniackiej” formy. Jesteśmy o wiele bardziej ograni jako zespół, a do całego procesu nagrań podchodzimy z zupełnie inną dojrzałością. Nie chcę być źle zrozumiany - do pracy nad „Wszystko wokół wreszcie płonie” również podeszliśmy poważnie, ale praca nad „Spiralami” to kompletnie inna liga. To zdecydowanie bardziej dorosłe, świadome granie.

Mikołaj: W tym miejscu należą się już ogromne podziękowania dla realizatora i producenta naszej nowej płyty, Przemysława „Perły” Wejmanna. Nagrywamy cały materiał w jego studiu. Przemek wniósł do naszych kompozycji masę świeżości i zupełnie nową perspektywę, która otworzyła nam oczy na wiele aranżacyjnych rozwiązań. Jego doświadczenie okazało się nieocenione, a praca nad tym rollercoasterem przebiega w fantastycznej, przesympatycznej atmosferze.

Kto wydaje waszą muzykę?

Tymoteusz: Wydajemy się sami, nie stoimy za nami żadna duża wytwórnia płytowa. Dystrybucyjnie współpracujemy z platformą Mugo i - tak jak myślę reszta chłopaków - jestem z tej współpracy niezwykle zadowolony. Dzięki nim nasze utwory mogą trafiać w streamingu znacznie dalej. Jako jeden z nielicznych młodych zespołów gitarowych mamy ten przywilej, że regularnie lądujemy na dużych playlistach, takich jak choćby New Music Friday na Spotify. Obserwuję rynek i wiem, że niezależnym kapelom rockowym potwornie trudno przebić się przez te algorytmy. Pod względem cyfrowego wydawcy trafiliśmy idealnie.

Dalsza część tekstu pod zdjęciem

Fot. Maciej Biegański. Występ Père-Lachaise podczas Jarocin Festiwal 2025.

Porozmawiajmy o waszym przekazie. Dowiedziałem się, że nazywacie swoją twórczość „antropopunkiem”. 

Tymoteusz: To sformułowanie ukuli akurat nasi odbiorcy, a nie my bezpośrednio. Było to zresztą zgrabne nawiązanie do jednej z teorii profesora Kuligowskiego. Szczerze mówiąc, my sami powoli odchodzimy od szufladkowania własnej muzyki. Określenie „post-punk” wciąż sprawdza się najlepiej, bo jest niezwykle pojemne. Pojawiło się już wokół nas wiele łatek: najpierw „antropopunk”, wcześniej „rock terapeutyczny”, a jeszcze wcześniej parę innych terminów. Jako twórca uważam, że nie jestem od tego, by wkładać naszą twórczość do szuflad - moim zadaniem jest po prostu tworzyć. Przy drugim albumie, znacznie mocniej niż przy debiucie, robimy po prostu to, co czujemy w danej chwili. Nie oznacza to, że wcześniej kalkulowaliśmy, ale wtedy mocniej trzymaliśmy się gatunkowych ram. Teraz te ramy wyznacza koncept albumu, a nie czysta stylistyka muzyczna. Jeśli chodzi o sam przekaz, to rdzeń pozostanie podobny, choć zmieni się perspektywa. Pierwsza płyta - wbrew temu, jak masowo interpretowali ją ludzie - była opowiedziana z perspektywy bardzo introwertycznej, wewnętrznej. Opowiadała o świecie, lękach i nadziejach, ale przez pryzmat jednostki. Nowy album również zaczyna się w tym miejscu, ale stopniowo wychodzi na zewnątrz, dotykając tego, co dzieje się wokół nas na świecie. Być może w niektórych utworach pojawi się odrobinę więcej dosłowności, ale nie takiej chamsko-punkowej czy znanej z wczesnego rapu.

Mikołaj: Lubię interpretować nadchodzący album jako bezpośrednią kontynuację historii z debiutu, z tą różnicą, że nasz podmiot liryczny jest już w zupełnie innym miejscu. Ma za sobą bagaż doświadczeń z pierwszej płyty i teraz zmaga się z zupełnie nowymi problemami. Ta płyta nie będzie czysto zimnofalowa ani post-punkowa. Ona będzie po prostu... père-lachaise'owa.

Czy waszym zdaniem zespoły muzyczne powinny komentować sytuację społeczno-polityczną? Pytam o to również dlatego, że pod jednym z waszych utworów widziałem komentarz, w którym ktoś był zachwycony waszym koncertem w Jarocinie, ale na koniec dodał prośbę w stylu: „Tylko błagam, nie idźcie w stronę polityki”. 

Mikołaj: Wszystko zależy od tego, jak definiujemy politykę. W szerszym kontekście ucieczka od niej jest dziś właściwie niemożliwa. Na świecie dzieje się mnóstwo rzeczy, a wiele problemów, z którymi mierzy się obecnie nasze pokolenie, siłą rzeczy ma podłoże społeczno-polityczne. Niestety, dla słuchacza, który zostawił ten komentarz, mamy chyba złą wiadomość - na nowej płycie pojawi się nieco więcej bezpośrednich odniesień do otaczającej nas rzeczywistości.

Tymoteusz: Ja w ogóle stoję na stanowisku, że zespół niczego „nie musi” ani „nie powinien”. Istnieje muzyka stworzona wyłącznie po to, by przy niej tańczyć, zapomnieć o całym świecie i mieć wszystko gdzieś. Z drugiej strony uważam, że artysta nosi w sobie pewien rodzaj odpowiedzialności społecznej. Jeśli coś mocno uderza w jego wrażliwość, to naturalne i pożyteczne jest, by o tym głośno mówił. Nie zamierzamy wskazywać, która partia jest dobra, a która zła. Od tego jako Père-Lachaise odcinamy się i będziemy odcinać całkowicie. Mam nadzieję, że te słowa nie zestarzeją się źle, jak to miało miejsce w przypadku jednego z muzyków polskiej sceny rockowej (śmiech). Na pewno będziemy jednak mówić - zarówno na tej płycie, jak i na kolejnych - o problemach społecznych, które nas dotykają. O naszych potrzebach, o tym, co nas uwiera, ale też o tym, co nam się podoba.

To, że jesteś z wykształcenia psychologiem pomaga ci w pisaniu?

Tymoteusz: Pomaga. Z tym wiąże się główna różnica między tekstami na pierwszym a drugim albumie. Dotychczas pisałem tak, że inspirowałem się przeżyciami własnymi lub chłopaków z zespołu i ubierałem je w spójną, atrakcyjną dla słuchacza formę. Na nowej płycie pojawiają się zupełnie inne perspektywy. Choć podmiot liryczny pozostaje ten sam, to opisywane sytuacje nie są już moimi prywatnymi przeżyciami jeden do jednego. Myślę, że to, że jestem psychologiem i pracuję na co dzień z ludźmi dotkniętymi kryzysami psychicznymi, pozwala mi z dużą empatią i autentycznością wejść w ich skórę. Najlepszym dowodem jest singiel, który zaprezentujemy w Jarocinie. Ta historia nie dotyczy mnie bezpośrednio, a jednak kiedy wysłaliśmy ten numer testowo naszym najbliższym, wracał do nas jeden, konkretny feedback: „Kurczę, to jest niesamowicie autentyczne”. 

Ważne tematy podejmujecie też na krótkim albumie w ramach projektu „Uwaga, uczucia”. Skąd w ogóle zrodził się ten pomysł?

Oliwer: To z założenia miała być luźna odskocznia od Père-Lachaise, choć ostatecznie te dwa światy mocno się przenikają. Kiedy ostatnio słuchałem tej EP-ki, zauważyłem pewne brzmieniowe podobieństwa do naszej nadchodzącej nowej płyty. Pomysł zrodził się spontanicznie. Po zakończeniu nagrań do pierwszego albumu Père-Lachaise dłubałem coś sam w studiu. Pomyślałem, że takie bardziej new-punkowe, świeże rzeczy brzmią świetnie. Podrzuciłem te demówki Tymkowi, on dopisał teksty i po prostu to wydaliśmy.

Tymoteusz: Dla mnie „Uwaga, uczucia” to alternatywna ścieżka fabularna wewnątrz tego samego uniwersum. Z mojej perspektywy w tym świecie dzieje się naprawdę dużo - wszystkie poboczne projekty, w które angażują się członkowie Père-Lachaise, w jakiś sposób fabularnie się przeplatają, choć odkrycie tych smaczków zostawiam już najbardziej dociekliwym słuchaczom. Ta EP-ka powstała też z czystej fascynacji nową falą new punku, chociażby twórczością Maxa Fry.

U podłoża tego projektu leży diagnoza, że młodsze pokolenie ma dziś problem z rozmawianiem o emocjach?

Tymoteusz: Subiektywnie wydaje mi się, że nasze pokolenie rozmawia o emocjach znacznie więcej i odważniej niż generacje naszych rodziców czy dziadków. Co nie zmienia faktu, że to wciąż ogromna trudność społeczna. Pokazują to drastyczne statystyki prób samobójczych. W niesamowicie poruszający sposób śpiewa o tym Ben z zespołu Pretensje w utworze „Dla wrażliwych chłopaków”. Ten numer dobrze oddaje tę ponurą perspektywę: z jednej strony więcej rozmawiamy o emocjach, a z drugiej - twarde dane pokazują, że realnie pod względem kondycji psychicznej jest po prostu coraz gorzej. I to jest temat, obok którego nie potrafimy przejść obojętnie.

WRÓĆ DO ARTYKUŁU
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo