Reklama

Mózg na dzwonku, camper, kwiaty i anioły na kubkach. Poznaj twórczość Moniki Kuli z Jarocina

Opublikowano: pon, 18 kwi 2022 07:10
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Rozmowa z Moniką Kulą, nauczycielką języka polskiego i plastyki w Szkole Podstawowej nr 4 w Jarocinie, której prace można kupić na Pchlim Targu oraz za pośrednictwem profilu facebookowego „Koza maluje”.

Reklama

Jak się zaczęła pani przygoda z malowaniem?

W sumie to od osobistego kryzysu. Wtedy pojawiła się ochota tworzenia. Wcześniej nie miałam żadnego doświadczenia plastycznego. Nigdy nie brałam udziału w żadnych zajęciach plastycznych, warsztatach. Sama próbowałam robić różne rzeczy. Ciągnęło mnie to i fascynowało. Byłam w tym czasie polonistką w Szkole Podstawowej w Klęce. Miałam koleżankę z pracy - Eugenię, która była plastyczką. Często ją pytałam o wiele rzeczy. I tak było do czasu, gdy pojawiła się propozycja, że mogę zrobić studia podyplomowe z plastyki. Nie omieszkałam z tego skorzystać. Ukończyłam je na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym w Kaliszu. To był wielki projekt z dotacją z Unii Europejskiej, a dla mnie wielka przygoda i spełnienie marzeń. Maluję na ceramice i szkle, obrazy akrylami i sporadycznie realizuję zamówienia typu witraż albo cyklicznie anioły - te najczęściej dla nowo narodzonych dzieci. Polonistką jestem od 23 lat, a plastykiem nieco krócej.

Kojarzyłam panią głównie z plastyką, tym bardziej że przez wiele lat prowadziła pani zajęcia w ramach Stowarzyszenia Jarocin XXI.

Tak, rzeczywiście. Miałam tę wielką przyjemność i zaszczyt pracować przez kilka lat w Stowarzyszeniu Jarocin XXI. To bardzo ważny okres w moim życiu. Początkowo były to projekty związane z filmem, teatrem, a później, kiedy już skończyłam studia, zaczęliśmy myśleć o warsztatach plastycznych. Udało się nam pozyskać pieniądze. Wtedy jeszcze nie czułam się na siłach, żeby prowadzić zajęcia. Poprowadził je Zbyszek Pieczyński - artysta malarz z Lublina, który miał swoją pracownię w Kazimierzu. Przyjeżdżał do Jarocina raz w miesiącu. W pałacu Radolińskich odbywały się wtedy trzydniowe warsztaty. Powstało z tego kilka wystaw, rozpoczęliśmy współpracę z Niemcami ze Schluchtern – z Arnoldem Pfeiferem, jak również urodziło się kilka projektów teatralno - plastycznych. Potem jednak nasze drogi się rozeszły, bo Zbyszek nie mógł już przyjeżdżać, a ja dostałam propozycję od Agnieszki Borkiewicz, żeby prowadzić zajęcia w Jarocińskim Ośrodku Kultury. Trwało to kilka lat. Obecnie realizuję się w Szkole Podstawowej nr 4 w Jarocinie. Mam to szczęście, że w naszej szkole jest możliwość prowadzenia kółek plastycznych, z których naprawdę licznie korzystają dzieci i młodzież.

Dodatkowo prowadzi pani kółko plastyczne dla uczniów. Czym się zajmujecie?

Malujemy murale, tworzymy prace na płótnach, które są m.in. ozdobą kącika kawiarnianego na I piętrze szkoły, staram się robić cyklicznie tematyczne wystawy prac uczniów. Kółko dla klas starszych jest skumulowane i trwa kilka godzin, raz na kilka tygodni, w piątki. Siedzimy, rozmawiając malujemy, uczniowie puszczają sobie muzykę. Lubią to, bycie razem, luźne rozmowy. To jest taki czas dla nich. Staram się, żeby atmosfera była przyjazna. Tworzenie sprawia im naprawdę wiele radości. A i wygląd szkoły zyskuje dzięki muralom na korytarzach. Widzę wielki potencjał w tych młodych osobach. Naprawdę uważam, że kilkoro z nich ma szansę zaistnieć w świecie artystycznym. Covid bardzo utrudnił nam działalność i zmarnował sporo czasu. Takie przerwy rozbijały grupy, które udało nam się stworzyć. Trzeba było je tworzyć od nowa. Zajęcia online to nie to samo, co osobisty kontakt. W działaniach artystycznych ważne jest również tworzenie wspólnoty. Tłumaczę swoim uczniom, że umiejętności plastyczne są ważne. Kreatywność, jaką się zyskuje dzięki wszelkiego rodzaju zajęciom artystycznym, jest przydatna w wielu dziedzinach. W polskim programie nauczania mamy na to za mało godzin, podczas gdy na Zachodzie jest tendencja zupełnie odwrotna. W Niemczech mają w tygodniu kilka godzin zajęć artystycznych do wyboru: orkiestra, rzeźba, ceramika - w każdej szkole jest piec do jej wypalania. Mnie nie przeszkadza to, że uczniowie w zeszycie do języka polskiego malują sobie coś na marginesie. Ja to sobie wręcz cenię.

Znana jest pani głównie z ręcznie malowanych kubków, filiżanek i talerzyków. Co panią skłoniło do zajęcia się tą dziedziną?

Malowanie ceramiki zaczęło się od zazdrości, która w moim przypadku była zawsze konstruktywna. Moja koleżanka to robiła. Kiedyś dostaliśmy z Niemiec pisaki do ceramiki - jeszcze w poprzedniej szkole – znaleźliśmy z uczniami w jakiś starych szafach, nikomu niepotrzebne naczynia i zabraliśmy się za malowanie. Sprzedaliśmy te kubki na kiermaszu. Wszystkim się podobały. I Tak się to zaczęło. Kiedy umawiałyśmy się na rozmowę, miałam przygotowane sporo swoich prac. A teraz nic mi nie zostało. W międzyczasie był Pchli Targ, na którym wszystko się rozeszło. Ludzie piszą do mnie na facebooku na profilu „Koza maluje”. Mam sporo indywidualnych zamówień.

No właśnie zastanawiałam się, skąd wzięła się ta koza w nazwie?

Dlaczego „Koza maluje”? Bo wcześniej prowadziłam stronę „Koza gotuje”… A tak w ogóle to „Koza” mówi na mnie pieszczotliwie mój mąż, bo niby mu kozę przypominam. Nie dyskutuję z tym. A mnie ta nazwa pasowała. Okazało się, że sporo ludzi obserwuje moje posty. Ludzie z Warszawy, Łodzi płacą za przesyłkę, żeby mieć moje kubki czy filiżanki. Dla mnie to niewyobrażalne. W zeszłym roku przed świętami Bożego Narodzenia robiłam duże zamówienie do Anglii. Moja koleżanka, która tam mieszka i przyjeżdża co roku, zawsze kupowała coś dla siebie, a tym razem zamówiła prezent dla swoich znajomych. Trzeba było namalować m.in. camper jej znajomych ze zdjęcia. Maluję też dzwonki rowerowe. Mój mąż to „dr Szprycha”. Od siedmiu lat prowadzi sklep i serwis rowerowy. Kiedyś jakaś pani szukała wyjątkowego dzwonka, bo te przemysłowe jej nie odpowiadały. Kupiliśmy gotowe dzwonki - busole, które następnie trzeba było zeszlifować i pokryć bazą. Metodą prób i błędów sprawdzaliśmy, jak to zrobić, żeby rysunki były trwałe i żeby farba nie odchodziła.

Zdarzały się pani jakieś niekonwencjonalne zlecenia?

Najbardziej nietypowe zamówienie to był prezent od studentów dla profesora psychologii. Musiałam namalować część mózgu - płat czołowy. Bardzo się stresowałam, czy dam radę. Na razie nie miałam jeszcze zamówienia na części intymne na 40. urodziny, ale gdyby się pojawiło, to bym odmówiła. Od czasu, gdy w Jarocinie organizowany jest Pchli Targ, to moja działalność jeszcze się rozhulała. Ewa Hejduk jest mistrzynią w promocji tego wydarzenia. Dzięki Uniwersytetowi Kultury i Kinu Echo można spokojnie skorzystać z proponowanej przestrzeni, sprzętu i ciepłych napojów. To jest bardzo dobre działanie dla rewitalizacji miasta. Ludzie spotykają się, rozmawiają. Te spotkania są bardzo wartościowe. Lubię wystawiać moje prace przez kilka godzin, nawet jeśli zmarznę. Nie jestem zawsze, bo nie zawsze mam co pokazać. To nie jest mój główny sposób na życie, a tylko hobby. Zresztą nie wiem, czy gdybym musiała malować po kilka godzin dziennie, to bym tego nie rzuciła. Ci twórcy, którzy się tam pojawiają, zdążyli się poznać i polubić. Nie pamiętam już, kiedy i ile prac wymalowałam. Na początku próbowałam to liczyć, ale dałam sobie spokój.

Co jest dla pani największym powodem do satysfakcji?

Gdy spotykam kogoś, kto mówi, że ma filiżankę ode mnie i kawa w niej smakuje najlepiej. Robię też projekty ślubne. Większość klientów wybiera motywy roślinne. Dla dzieci maluję najczęściej postacie z bajek. Kiedyś modne były Pet Shopy, ale naprawdę nieśmiertelna jest Myszka Mickey. Koleżanka z pracy poprosiła mnie o namalowanie kompletu z akitą - psem jej brata w różnych pozycjach. To był prezent dla niego na czterdziestkę. Początkowo miałam trudności. Kiedy zrobiłam pierwszy rysunek, uznałam, że wstyd byłoby to pokazać. Byłam na siebie zła, że się zgodziłam. Popracowałam nad tym projektem ładnych kilka godzin i ostatecznie byłam zadowolona. Akita to było dla mnie wyzwanie. Przyjmuję takie zamówienia, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i zrobić coś zupełnie innego. Wszystko, co robię, od razu gdzieś się rozpływa. Nawet, gdy już przygotuję nieco więcej ceramiki i cieszę się, że jest zapas, za chwilę pojawi się milion okazji, aby ją rozdać, ofiarować czy sprzedać.

A jakie są pani ulubione motywy?

Prywatnie lubię egzotyczne, kolorowe wzory, ale też przede wszystkim polne kwiaty. To drugie wzięło się chyba z tego, że jako dziecko przez wiele lat mieszkałam na wsi, w Wysogotówku i uwielbiałam chodzić po łąkach i zbierać maki, chabry, zboża, złocieńce. Uwielbiam je. Rodzinnie kochamy Tatry. Po ostatnich wakacjach tam spędzonych powstała cała seria kubków z motywami górskiej roślinności. Lubię przyglądać się kwiatom, zapamiętywać szczegóły. Czytać o nich.

Ma pani talent. Czy u pani to rodzinne?

Zdolności plastyczne odziedziczyłam chyba po moim dziadku, a może nawet i po jego bracie - zakonniku, który pięknie rzeźbił. Ale nie uważam, żeby to był jakiś wielki talent. Myślę, że dzięki temu mam możliwość wyrażenia swojej wrażliwości i zamknięcia piękna świata w kawału ceramiki. To jest moja przestrzeń, magiczny wymiar. Coś, co daje siłę, dystans, satysfakcję i naprawdę zmienia … jak modlitwa. Cieszę się, że mogę obdarować innych pięknem świata, który nas otacza, aby i w ponure dni zaświeciło słońce.

A o czym pani marzy? Dla siebie, rodziny? W swojej działalności artystycznej?

Trochę boję się o nich myśleć. Już kilka razy zdarzyło się tak, że tego, o czym myślałam, nie udało się zrealizować. Na przykład pomysł napisania książki z autorskimi ilustracjami, ale może jeszcze to nastąpi. Moim marzeniem jest na pewno to, żebyśmy byli zdrowi. Chciałabym tworzyć taki dom, do którego będą chciały wracać dzieci. Taki dom stworzyli moi rodzice. W moim domu mieszka w tej chwili osiem osób. My z mężem i trojgiem dzieci, moi rodzice i moja siostra. Do tego owczarek niemiecki Kora i królik Bobek. Rodzina jest trzypokoleniowa. Co niedzielę zasiadamy do wspólnego obiadu. Mój brat przyjeżdża ponad 200 km, żeby zjeść wspólnie posiłek. 

Marzy mi się też jakieś miejsce, w którym dzieciaki mogłyby się spotkać, tworzyć, w którym można byłoby też sprzedać gotowe prace. To nie jest łatwe do zrealizowania, ale nie jest też nierealne. Czasem to samo przychodzi do człowieka. Trzeba tylko być otwartym na różne nowe zdarzenia, okoliczności. Z doświadczenia wiem, że kiedy próbuję coś zrobić na siłę, to nic z tego nie wychodzi. To, żeby przeżyć dobrze dzień do końca, też wymaga wysiłku.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy