Reklama

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

Opublikowano: ndz, 10 paź 2021 13:00
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Kultura Bronisławę Chudzińską poznałam pod koniec 2018 roku, gdy przyszła do fotografa zrobić zdjęcia do zaproszeń na swoje 80. urodziny. Patrząc na nią, na jej energię aż trudno uwierzyć, że ma tyle lat. Do tego jeszcze staranny makijaż, ufarbowane włosy zaczesane w kok. Ma wnuki, ale nie jest typową babcią. Już kilkadziesiąt lat temu „ochrzczono” ją mianem jarocińskiej Hanki Bielickiej. Przez wiele lat pracowała w dwóch jarocińskich lokalach: w „Warszawiance” i „Hawanie”.

Reklama

Chodziłam najpierw do szkoły do Bachorzewa, a później do Wilkowyi. Szło się kilka kilometrów przez pola. Rozpoczęłam naukę zaraz po wojnie. Miałam wtedy 7 lat. W Bachorzewie były cztery klasy i jeden nauczyciel. Szkoła miała ubikację na dworze. Piątą klasę robiliśmy w Tarcach, a kolejne w Wilkowyi. Mnie zawsze brali do mówienia wierszy na szkolnych akademiach. Pamiętam, że jak nie chciałam, to nauczyciel przyjechał na rowerze ze skargą do mojego ojca.   

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

                                                                     

Ja pochodzę ze wsi, z Hilarowa. To była dziura zabita deskami. Po wojnie wszystkiego brakowało. Tam każdy o każdym wszystko wiedział. Poszłam do urzędu pracy i dostałam skierowanie do „Warszawianki”. Miałam wtedy tylko 18 lat. Wielu dań, szczególnie mięsnych, jako dziewczyna ze wsi w ogóle nie znałam. Nie miałam zielonego pojęcia o tej pracy. Zawsze mówiłam szybko, głośno i dobitnie. I ludzie mi mówili, że mówię zupełnie jak Hanka Bielicka. I tak zostałam „Hanką”. Czasem zdarza się, że odzywają się do mnie starsi, już siwi mężczyźni: „pani Hanko, pamięta nas pani z „Warszawianki”? My byliśmy trochę tacy nicponie”. Zdarzało się, że czasem się pobili w ubikacji. Zbili lustro, zniszczyli sedes. Jak milicja mnie pytała, kto to zrobił, to mówiłam, że nic nie widziałam, bo ja bufetu pilnuję. Pracowałam jako bufetowa i kelnerka. Jeździliśmy często na szkolenia do Wolsztyna i Międzychodu. Tam nas mieli wszystkiego nauczyć, ale mówiono głównie o partii.

           

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

                                                          

Pracę rozpoczęłam 2 października 1957 roku w „Warszawiance”. Wtedy to był zupełnie inny układ, bo lokal był przejęty od Niemca. Te białe kołnierzyki i fartuszki, które nosiłyśmy w pracy, to była katastrofa. Trzeba je było zabierać do domu, żeby je wyprać i wykrochmalić. A do fryzjera chodziliśmy do „Praktycznej Pani”, która znajdowała się w miejscu obecnego parkingu PKO. Płaciliśmy 1 zł na tydzień za czesanie. Obok  „Warszawianki” był też punkt totolotka, który prowadził Feliks Pietrzak. Był zawsze pierwszym naszym gościem. Mieszkał niedaleko, więc już o godzinie 8.00 stał pod „Warszawianką” i pukał w szybę. Był zły, kiedy zwlekałyśmy z otwarciem. Czasem dla żartu otwierałyśmy minutę czy dwie później... Ale wtedy był zły... Jak miałyśmy włączone radio, to mówił: „te centryfuge otworzycie i nie słyszycie, że pukam”. Siadał, wypijał kawę, kładł pieniądze na blacie i wychodził. Tak było co dzień. Miałyśmy stałych klientów, którzy przychodzili na golonkę. Pamiętam starszą, elegancką kobietę, która mieszkała na Dąbrowskiego. Ona przychodziła tylko wtedy, gdy była gicz cielęca. Kierownik osobiście do niej dzwonił. Mieliśmy też wielbicieli ozorków w sosie chrzanowym. Wszystko trzeba było liczyć w pamięci. Jak się człowiek pomylił, to trzeba było płacić ze swoich.

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

„Warszawianka” to był w tych czasach najlepszy lokal w Jarocinie. Najgorszy to była „Hawana”, ale z wejściem od strony ulicy Gołębiej. Tam teraz jest chyba wejście do biura adwokatów. W tym lokalu gromadzili się głównie gospodarze, którzy przyjeżdżali na targ. Pamiętam, że przychodzili z batami. Targ odbywał się najpierw tam, gdzie teraz jest ten duży parking przy Św. Ducha, a później na rynku. Po tym, jak „Warszawianka” została zamknięta na czas remontu, to towarzystwo przeniosło się do „Targowej”, o której mówiło się „U pipusia”. A dlaczego „pipuś”? Bo właścicielem był Niemiec - Hildebrandt, który był mały i niewysoki. To o nim ludzie mówili „pipuś” i tak już zostało. W „Warszawiance” była orkiestra, przy której bawili się głównie bogaci rzemieślnicy z Jarocina. Pamiętam długie suknie, piękne stroje, stojące kołnierze z błyszczącej tafty. Zimą wszyscy chodzili w kożuchach. Od razu było widać, kto miał pieniądze. Po remoncie w 1962 roku zrobiono centralne ogrzewanie. Zniknął wtedy piec kaflowy. Bufet został przeniesiony z prawej na lewą stronę. Pamiętam małe, czerwone stoliki, lampy-grzybki na suficie i lustra. Wtedy też wydzielono kawiarnię z przodu  i bar szybkiej obsługi z tyłu. Mówiliśmy na niego „wysokie stołki” z powodu hokerów. Tam były flaki, golonki, tatary. Często brali też na wynos, choć nie bardzo można było sprzedawać, bo jak jedli na miejscu, to dochodziły dodatki i rachunek był wyższy. Do nas przychodziła jeszcze gruba parówka i kiełbasa zwyczajna. To były towary, których brakowało w sklepach, podobnie jak i kawy. Ludzie przychodzili po nią „na sucho”, czyli po mielone ziarna w papierku, żeby móc sobie ją zaparzyć w domu.

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

Później orkiestra grała w „Hawanie”, gdzie chodziłam też na zastępstwa. Pracowałam tam, gdzie była akurat potrzeba. Zespół prowadził Henryk Oczko. To były czasy komuny. Wszystkie zagraniczne melodie przychodziły do nas z Włoch. Oni je przerabiali na polskie teksty, tak żeby to jakoś pasowało i na coś wyglądało. Tam się żywili wszyscy, co byli w partii. Tutaj bawili się wszyscy nowobogaccy. Byli  lekarze, dyrektorzy banków. Dancingi odbywały się co sobotę od 18.00 do 22.00. W karcie najpierw były tylko schabowe i steki. Dopiero później zaczęły się pojawiać dania takie bardziej wyszukane jak np. kotlet de volaille. Wtedy jeszcze nie było tego budynku przy Kościuszki, o którym ludzie mówią „dom partii”. Siedziba mieściła się przy ulicy Mickiewicza, na piętrze budynku, w którym później było PKO. Razem z koleżanką, która była żoną wojskowego, musiałyśmy podpisać taką listę, że jak będziemy obsługiwały na górze, to nie możemy nikomu nic powiedzieć, o tym, co się tam działo. A tam się działy różne cuda. Przyjeżdżali tam różni sekretarze. A jakie tam żarcie. Takie, jakiego człowiek na oczy nie widział.  

Partia wprowadziła zakaz sprzedaży alkoholu każdego 10. dnia miesiąca, jak były wypłaty. Ale do nas, do „Warszawianki” partyjniacy przychodzili i prosili, żeby im go sprzedać. Bałam się, że mogę stracić pracę. Oni mówili, że nic złego się nie stanie. I że mamy im dać te wszystkie alkohole, likiery, które trudno było sprzedać. Ja nie miałam nikogo z rodziny w partii. Naprawdę się bałam. Nie miałam pewności, czy to nie jest prowokacja. Pamiętam, że dla nich były sprowadzane wina, piwa, których nie można było kupić w żadnych sklepach. Wtedy pierwszy raz widziałam „pilsnery”, które teraz są na półkach w każdym markecie. I te zagraniczne papierosy. Pamiętam, że to były „Camele”.   

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

Kelnerka czy bufetowa to musi mieć odpowiednią figurę. I musi być młoda. Dlatego później zmieniłam pracę. W 1972 roku zostałam zatrudniona w Jarocińskiej Fabryce Mebli, na stołówce przy Powstańców Wielkopolskich. Tam pracowałam aż do emerytury. A tak serio, to chodziło mi o godziny pracy i wolne weekendy, bo po odejściu męża musiałam sama wychowywać dwójkę dzieci. Poza tym lokale funkcjonowały coraz gorzej, bo brakowało kawy, alkoholu. Z JFM wysłali nas do pracy do DDR-u. Z koleżanką trafiłyśmy do pralni, bo przecież na stolarstwie się nie znałyśmy, więc do fabryki nas nie wzięli. Nie umiałam ani słowa po niemiecku, ale według dyrektora to nie była żadna przeszkoda. Byłam na maglu. Najgorsze, że tam też byli studenci, najwięcej z Wrocławia. Oni non stop imprezowali, wariowali, a później wszystko wyrzucali razem z obrusem przez okno. Spać się nie dało. A poza tym, jak oni psuli opinię o Polakach. Pracowałam też w Skorzęcinie, na stołówce w „Meblarzu”. Do dziś nie mogę patrzeć na śledzie i flaki. Jak jeździłam w czasach pracy w fabryce mebli, to poproszono mnie o przywiezienie kryształowych kieliszków. Musiałam je w sumie przemycić do Niemiec. Miałam stracha, ale to się opłaciło. Ustawiłam w pociągu torbę w przejściu. W razie wpadki nie przyznałabym się, że należy do mnie. Już mało kto pamięta, jakie to były czasy. Ludzie jeździli na Węgry i do Turcji po kożuchy, a do Rosji po złoto.    

Historie „Hanki” z „Hawany” i „Warszawianki”. Poznaj Bronisławę Chudzińską z Jarocina

Na emeryturze zaczęłam wyjeżdżać do opieki nad starszymi ludźmi. Koleżanka mnie namówiła. Zaczęłam się też uczyć prywatnie podstaw języka, żebym mogła się jakoś dogadać. Teraz, jak jadę do Niemiec, to niczego nie muszę już zabierać. Ciągle jeszcze ludzie tam mają dziwne wyobrażenie o Polsce i nie najlepszą opinię Polakach. Traktują nas tak jakbyśmy mieszkali w jakimś skansenie. Czasem myślę, że muszę zrobić zdjęcia i pokazać im, jak wygląda mój dom. Ze swoimi podopiecznymi byłam na pogrzebach i weselach. Tam uroczystości wyglądają inaczej jak u nas. Raczej bym ich nie zaprosiła do siebie, do Polski, bo Niemcy są zdania, że my wszystko przejadamy. U nich spotkałam się z tym, że na weselu dania wybiera się z karty i restauracja robi je dopiero pod konkretne zamówienie. A zamiast wieńców na cmentarzu, są kondolencje z datkiem na kwiaty, żeby były na później.

 

Szanowni Internauci. Komentujcie, dyskutujcie, przedstawiajcie swoje argumenty, wymieniajcie poglądy - po to jest nasze forum i możliwość dodawania komentarzy. Prosimy jednak o merytoryczną dyskusję, o rezygnację z wzajemnego obrażania, pomawiania itp. Szanujmy się.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (10)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

  • 4 dni temu | ocena +0 / -0

    Gość

    Znowu powtórka

  • miesiąc temu | ocena +2 / -1

    no cóż

    Pani bardzo sympatyczna ale tej pani wiele rzeczy się pomieszało, niestety, pokręcila kobieta

  • miesiąc temu | ocena +1 / -0

    M. A.

    Ciekawe kiedy wkleicie artykuł o basenach? 🤣

  • miesiąc temu | ocena +2 / -0

    M. A.

    Znowu to samo. Artykuł sprzed dwóch miesięcy!

  • 3 miesiące temu | ocena +2 / -7

    było nie minęło

    przyjeżdżali tam rózni sekretarze! mój Boże teraz też, nazywają się tłuste pisowskie koty, co za pierdoły, babcia klozetowa z Polonii też była gwiazdą, kiedyś pzprowcy robili co chcieli i chronili swoich, dzisiaj pisowcy robią co chcą do kwadratu i chronią swoich, komuna wróciła i gazety na usługach, jest co było

    • 4 dni temu | ocena +0 / -0

      dziadzia

      Mnie to interesuje.Miki nie musisz tego czytać.Słuchaj swojego disco polo i baw się dobrze.

  • 3 miesiące temu | ocena +1 / -3

    Miki

    A kogo to interesuje?

  • 3 miesiące temu | ocena +10 / -2

    pierwszy dobry artykuł jaki widzę na GJ od bardzo dawna

    powinno być tego więcej

  • 3 miesiące temu | ocena +10 / -1

    K.kkkk

    Pani Bronia Wspaniala Bardzo mila i Bardzo Zyczliwa , Zawsze Usmiechnieta Siadka😊😉

  • 3 miesiące temu | ocena +19 / -2

    Pol

    I to jest artykuł super wywiad ze starszą osobą. Kawałek historii.