Zespół cafetrauma wygrał w 2025 roku Wielkopolskie Rytmy Młodych. Rozmawiamy z jego członkami o jarocińskim konkursie, nadchodzącej płycie i zdrowiu psychicznym młodych ludzi.
Wywiad z zespołem cafetrauma. „Zaczęliśmy się do Jarocina”
Przed naszą rozmową słuchałem waszej muzyki i czytałem Justynę Kulikowską - młodą poetkę, która dużo pisze o traumie. W ostatnim tomie „Wnyki dla światła” otwiera się jednak na to, co jasne. Wydane właśnie przez was „Tu nie wolno krzyczeć” też jest takim wnykiem.
Łukasz Konopnicki: Ten numer niesie nadzieję. Jest słodko-gorzki, o zawieszeniu między piekłem a niebem. To najjaśniejszy moment płyty pt. „Jaka piękna katastrofa”, która ukaże się we wrześniu pod szyldem Step Hurt. Nagraliśmy naprawdę ciężki album o załamaniu wartości, w które się wcześniej wierzyło. Jest na nim dużo gniewu i pytań bez odpowiedzi. Brzmieniowo, to coś innego od wszystkiego, co robiliśmy wcześniej. Radek i Kamil, jako multiinstrumentaliści i producenci, sporo kombinowali. Przy pisaniu zrezygnowaliśmy z dotychczas powielanych schematów.
Na czym polegało to kombinowanie?
Kamil Jagiełło: Przed tym albumem cafetrauma była tworem, w którym często zmieniali się muzycy, a kawałki pisaliśmy głównie we dwójkę - ja przelewałem swoje pomysły na podkłady, a Łukasz dopisywał teksty. Tym razem oddajemy w pełni zespołowy charakter tej muzyki - słyszalny jest styl gry Jędrka na perkusji, czy brzmienie gitary Radka. Każdy z nas włożył do tego materiału coś od siebie.
Łukasz: Wcześniej to było robienie produkcji i rapowanie pod nie, teraz jest to komponowanie. Pierwszy wspólny koncert w obecnym, finalnym składzie zagraliśmy w zeszłym roku, w studiu Telewizji Polskiej w Poznaniu, w ramach Wielkopolskich Rytmów Młodych. Dlatego mówimy, że jako cafetrauma zaczęliśmy się od Jarocina.
Jędrzej Cypryjański: Chłopakom na dwa tygodnie przed półfinałem wysypał się perkusista, dlatego zadzwonili do mnie.
Łukasz: Zapytałem Jędrka, czy chce zagrać na Jarocinie. Odpowiedział, że tak. Wtedy powiedziałem: „To musimy jeszcze wygrać eliminacje”.
Jędrzej: Spotkaliśmy się dopiero w Poznaniu, przed występem. Mijaliśmy się wcześniej na scenach, ja występowałem i występuje do dziś z Meatballs, z którym zresztą bierzemy udział w eliminacjach do Wielkopolskich Rytmów Młodych w tym roku. Cieszę się, że dostałem zaproszenie do cafetraumy. To fajny projekt, dobrze robiło nam się kawałki, jestem ciekawy, czym zaowocuje nasza współpraca w przyszłości.
Radek Baranowski: Ja już wcześniej kręciłem się obok - najpierw wspólnie z Kamilem produkowaliśmy pierwszą EPkę "Ciągle coś", czasami coś zmiksowałem dla chłopaków, czy zrobiłem mastering. Z Kamilem znamy się od ponad 18 lat, oboje pochodzimy z małych miejscowości na Dolnym Śląsku, kiedyś tworzyliśmy razem projekt Serca. Częścią cafetraumy jestem jednak od ponad roku.
Jak więc wspominacie ten sceniczny debiut - od razu w telewizyjnym studiu?
Łukasz: Było zajebiście, miazga. Chłopaki czują hip-hop, więc poszło gładko.
Kamil: Świetnie, tylko godzina była średnia. Rzadko występuje się o 8.00. Człowiek skupiał się głównie na tym, żeby po prostu wstać i dać radę zagrać, dlatego na samym występie nie było już stresu.
Bywaliście wcześniej na festiwalu w Jarocinie?
Łukasz: Nie, ale bardzo dużo się o tym festiwalu mówiło, wiedzieliśmy, co się działo w Jarocinie przed 2000 rokiem z archiwalnych nagrań i zapisków. Zgłosiliśmy się na konkurs ze względu na to, jakim symbolem jest Jarocin, jak duży kawał historii polskiego rocka się tam wydarzył.
Pierwszy wspólny występ ostatecznie przyniósł wam zwycięstwo. Jak oceniacie jarociński konkurs pod względem organizacyjnym i panującej na nim atmosfery?
Łukasz: Najlepiej na świecie. Od starej gwardii, która robi rytmy, bije zajawa. Nie chodzi im o to, żeby coś odhaczyć, nie idzie też za tym większa polityka i to czuć. Oni po prostu chcą pchać kulturę do przodu. Właściwie poza Jarocinem zgłosiliśmy się jeszcze tylko na tegoroczne eliminacje do Pol’and’Rocka. Udało nam się na nie dostać, ale nie wygraliśmy. Porównując oba konkursy - w Jarocinie czujemy się jak w domu.
Kamil: To wspaniałe, jak byliśmy zaopiekowani, ile znajomości wytworzyło się dzięki Jarocinowi. To był jeden z najlepszych momentów naszych wakacji.
Usłyszeliście w kuluarach, dlaczego to właśnie wy wygraliście?
Kamil: Do mnie dotarła opinia, że fajnie, że są jeszcze zespoły, które mają coś do powiedzenia.
Łukasz: Tomek Jankowski powiedział, że brakuje kapel z charakterem i że to cenne, że jako grupa wychodzimy do słuchaczy z przekazem. To chyba największy komplement, jaki mogliśmy usłyszeć.
Na co wydaliście zdobytą nagrodę?
Kamil: Jędrzej ją ukradł!
Jędrzej: Zrobiliśmy sobie mały żart - dodaliśmy na Instagrama posta z informacją, że ukradłem nagrodę. Niektórzy naprawdę w to uwierzyli.
Łukasz: Poszło to trochę za daleko. Gmina chciała zawiadomić policję, że skradziono nam czek. Nie chcieliśmy jednak robić Jędrzejowi problemów (śmiech). Wytłumaczyliśmy, że to żart z naszej strony.
Kamil: Pieniądze przeznaczyliśmy na wynajem domu w lesie przy Szczecinie, żeby się w nim zamknąć i pisać płytę.
Łukasz: To był drugi wydatek. Najpierw część kasy poszła na start naszej fundacji, ruszenie z darmową linią wsparcia psychologicznego.
Co z waszej perspektywy jest dzisiaj potrzebne debiutantom do tego, żeby z powodzeniem tworzyć i działać na scenie?
Łukasz: Trzeba być cholernie upartym, konsekwentnym do tego stopnia, że aż głupim. Poza tym trzeba mieć szczęście.
Jędrzej: Ważni są też ludzie, którymi się otaczasz i z którymi współpracujesz. Jeśli dobrze się zakręcisz i zbudujesz fajne znajomości - i to nawet nie tylko czysto biznesowe - to bardzo pomaga. Świadomość, że masz swoją ekipę, która cię wspiera i z którą coś wspólnie tworzysz, daje ogromnego kopa.
Jarocin w latach 80. był miejscem wyjątkowym - tamtejsza atmosfera i mocny przekaz jednoczyły młodych ludzi. Dziś w kuluarach festiwalu toczą się dyskusje nad przyszłością tej marki i kierunkiem, w którym powinna zmierzać. Mogłoby się wydawać, że to hip-hop jest obecnie gatunkiem, który najsilniej przyciąga młodzież i bez problemu zapełnia stadiony. Czy w tym kontekście czujecie się mocną alternatywą? Jesteście w końcu zespołem rockowym, który co prawda miesza style i czerpie z rapu, ale jednak wychodzi do młodych z zupełnie inną propozycją.
Kamil: Moim zdaniem ostatnia dekada w polskim rapie przyniosła pewien przerost formy nad treścią. Artyści ze sceny hiphopowej, którzy osiągnęli ogromny sukces komercyjny, przestali wkładać wysiłek w przekaz. Tam po prostu cały czas płynie miód. Ale w muzyce młodzieżowej wszystko zatacza koło. To nie jest tak, że młodzi ludzie nagle przestali się buntować. Przez ostatnie dziesięć lat zaczęło jednak brakować miejsc dla tych, którzy naprawdę chcą coś wyrazić lub czemuś się sprzeciwić. Scena popowa w Polsce stała się bezwyrazowa i pozbawiona charakteru. Podobnie stało się z rapem, który przecież wywodził się z buntu - kiedyś mieliśmy punków, a potem hiphopowców z blokowisk. Ta muzyka niosła za sobą potężny ładunek emocjonalny, jak choćby klasyczny utwór „Ukryty w mieście krzyk” Pezeta, będący głosem ludzi z marginesu społecznego. Dzisiaj rap stał się nowym popem i jako muzyka mainstreamowa nie ma już w większości nic wartościowego do zaoferowania. Dlatego uważam, że wracamy do korzeni. Scena alternatywna i muzyka gitarowa znowu stają na nogi. Przyciągają ludzi, którzy przez lata nie mieli gdzie usłyszeć ze sceny tego, co sami myślą i czują.
Radek: Przez to, że rap stał się tak masowy i powszechnie dostępny wśród dzieciaków, jego przekaz po prostu spowszedniał i stał się nudny. Teraz chodzi tam o zupełnie inne rzeczy. Szczerze mówiąc, nie zaprzątamy sobie tym głowy, bo mainstream to w ogóle nie jest nasz target. Nie celujemy w bycie „popowymi” czy masowymi. Zależy nam na budowaniu autentycznej społeczności wokół naszej muzyki i na stopniowym jej poszerzaniu.
Kamil: Dokładnie. Właśnie przez to, że tamten świat stał się tak miałki, alternatywna scena gitarowa wraca do łask. Pojawia się coraz więcej młodych kapel, które bez problemu przyciągają do klubów tłumy ludzi. I to jest fakt.
Byłem na waszym ostatnim koncercie w Spichlerzu w Jarocinie i miałem okazję przyjrzeć się waszej publiczności. Chyba byli tam ludzie, którzy jeżdżą za wami na każdy koncert.
Łukasz: Mamy swoich „ultrasów” - można powiedzieć, że to nasza koncertowa „żyleta”. Na Instagramie działa grupa „cafetraumers”, do której dołączenia gorąco zachęcam. To tam ludzie organizują się i ruszają za nami w trasę po całej Polsce. Duża część ekipy pochodzi z Wrocławia, więc tam zawsze mamy najsilniejsze wsparcie. Ale kiedy gramy gdzieś bliżej, na przykład w Poznaniu, to też zbiera się spora grupa. Nawet teraz, gdy jechaliśmy na eliminacje do Pol’and’Rock Festivalu do Włocławka, było nas tam ponad trzydzieści osób. Mieć taką ekipę to najlepsza rzecz na świecie. Korzystając z okazji, bardzo mocno ich wszystkich pozdrawiam!
Pytam o to, bo widziałem, z jaką namiętnością i zaangażowaniem wyśpiewywali wasze teksty. Między wami a nimi krążyła niesamowita energia. Jaki feedback dostajecie od swoich słuchaczy? Podchodzą do was, piszą wiadomości?
Łukasz: Jesteśmy z nimi bardzo blisko. Kiedy jedziemy w trasę, po prostu spędzamy razem czas. Dzięki temu mamy od nich natychmiastową informację zwrotną - od razu wiemy, co im leży, a co nie. Myślę, że to działa tak dobrze, bo ludzie, którzy za nami jeżdżą, mają podobną wrażliwość do naszej, podobnie patrzymy na świat. Śpiewamy o problemach, które bezpośrednio ich dotyczą, i to dlatego tak mocno rezonuje.
Twoje teksty są bardzo mocne, bezpośrednie, wykrzykujesz je ze sceny. Tworzenie ma dla ciebie funkcję terapeutyczną?
Łukasz: Zdecydowanie tak. Po prostu potrzebuję uwalniać się od rzeczy, które kłębią mi się w głowie i mnie męczą. To dla mnie naturalna, wręcz fizjologiczna potrzeba.
Co cię w takim razie inspiruje?
Łukasz: Samo życie i sytuacje, które mnie spotykają. Mam o tyle szczęście - lub nieszczęście - że gdyby stworzyć koło fortuny z najbardziej absurdalnymi i popieprzonymi sytuacjami, jakie mogą się przydarzyć człowiekowi, to mi one przytrafiają się co chwilę. Pewnie sam też je podświadomie przyciągam. Wszystko, o czym piszę w tekstach, wydarzyło się naprawdę. To są moje osobiste przemyślenia na temat sytuacji, które spotkały mnie lub nas. Po prostu samo życie - bo właśnie takie ono jest.
Śpiewałeś w Jarocinie w stronę publiczności „Poradzę sobie sam”, a chwilę później usłyszałem komunikat, że jeśli ktoś ma akurat ciężki moment w życiu, to nie powinien zostawać z tym sam, tylko zadzwonić na linię wsparcia. Założyliście Fundację „Nie jest źle”. Na czym opiera się jej działalność?
Łukasz: Łączymy w niej działania kulturalne z doraźną pomocą psychologiczną na tyle, na ile budżet nam pozwala. Od poniedziałku do piątku prowadzimy linię wsparcia psychologicznego. Dyżuruje tam 16 wolontariuszy - są to psycholodzy oraz studenci ostatnich lat psychologii pod stałą superwizją psychoterapeuty. Każdy, kto potrzebuje pogadać z kimś biegłym w tej dziedzinie, może do nas zadzwonić. Poza tym robimy rzeczy kulturalne. Jesienią, wspólnie z miastem Wrocław, ruszamy z projektem „71 zgłoś się”. To przegląd muzyczny dla młodych zespołów i artystów poniżej 21. roku życia z Wrocławia. Zwycięzca otrzyma od nas sesję nagraniową w studiu, teledysk i slot koncertowy na jednym z naszych wydarzeń. Chcemy od razu wrzucać tych małolatów na głęboką wodę i zarażać ich pasją. Misją „Nie jest źle” jest to, żeby młodzi ludzie nie zakopywali się w problemach, tylko rozwijali swoje zajawki i pchali ten świat do przodu. Nie nazwałbym nas jednak instytucją stricte psychologiczną. Jesteśmy fundacją kulturalną z mocnym filarem psychologicznym na gorszy czas. Działamy wielopłaszczyznowo - teraz na przykład organizujemy też pierwszą edycję własnego festiwalu, a w głowie mamy już kolejną.
Kto poza wami tworzy tę ekipę?
Łukasz: W fundacji działa mój ziomal Kuba Urbanek, który jest prezesem, oraz Michał Chlebosz - nasz booker, czyli człowiek, który stworzył Ultimate Emo Party, największy „red flag” polskiej sceny (śmiech). Jest też Maciu, który ogarnia nam wideo i grafiki. Mamy silną, zwartą ekipę. Sam Michał poza fundacją robi pewnie z 200 koncertów rocznie. Pchamy kulturę do przodu, a przy okazji pomagamy. Umówmy się - w branży artystycznej depresja, wypalenie, alkoholizm czy narkomania to niemal choroby zawodowe. Dlatego ten filar psychologiczny był dla nas tak ważny.
Co było tą pierwszą iskrą do stworzenia fundacji?
Łukasz: Szczerze? Trochę żart, ale w pozytywnym sensie. Kiedy Michał zaczął robić Ultimate Emo Party, zauważyliśmy, że przychodzi tam bardzo dużo dzieciaków w klimacie „alternatywek”. Kojarzysz ten mem, gdzie psycholog zaciera ręce na widok dziewczyny z niebieskimi włosami? No właśnie. Zaczęliśmy rozkminiać, co jeszcze dobrego możemy dać tym ludziom. Ktoś dla beki rzucił: „Stary, dajmy im opiekę psychologiczną!”. Szybko uznaliśmy, że to genialny pomysł. Żyjemy w tak popapranych czasach, że najlepszym prezentem, jaki możemy zrobić naszym słuchaczom - z których wielu, ze względu na nasz specyficzny przekaz, też boryka się ze swoimi demonami - jest danie im dostępu do specjalisty. I tak to się zaczęło.
Co jest waszym zdaniem najbardziej absurdalne w dzisiejszych czasach?
Łukasz: To, że wszystko stało się globalne. Gdzie podziało się to, co lokalne? Przeraża mnie też ilość bodźców i pozorna łatwość wszystkiego. Przez to, że wybór jest tak ogromny, nic nie wydaje się naprawdę ważne. Mamy setki kontaktów, a nikogo bliskiego. I ta przeklęta dopamina - na każdym kroku jesteśmy bombardowani milionem rzeczy, które dają nam chwilowy strzał hormonów i robią z nas niewolników przedmiotów czy ekranów, w które gapimy się codziennie. Nienawidzę internetu, uważam, że w wielu aspektach to totalne gówno. Mimo że mnóstwo rzeczy ułatwia, to ostatecznie nas niszczy.
Kamil: Przez ten nadmiar możliwości mamy dziś gigantyczny odsetek młodych ludzi, którzy czują się skrajnie samotni i niezrozumiani. Właśnie dlatego tak ważne jest dla nas to, co robimy na koncertach - możemy dać im tam trochę wsparcia i prawdziwego towarzystwa. Dzisiejsze czasy są potwornie przebodźcowane. Ludzie już sami nie wiedzą, jak się zachować, bo internet codziennie dyktuje im, jak mają wyglądać i jak żyć. Zgubiliśmy gdzieś zrozumienie tego, co tak naprawdę daje szczęście. W sieci wszystko wygląda idealnie: wszyscy są bogaci i niesamowicie ubrani. Młodzi, niedoświadczeni ludzie myślą, że tak właśnie musi wyglądać życie. A przecież czasami największym szczęściem jest po prostu święty spokój. Smutno się na to patrzy. Sam mam już trochę więcej lat, a momentami czuję, że od tego wszystkiego paruje mi głowa.
Łukasz, napisałeś w utworze „Kombajn” o „pokoleniu synów koleżanki twojej matki”. To też chyba opowiada o kryzysie relacji i presji.
Kamil: I o poczuciu bycia niewystarczającym.
Łukasz: Tak, bo zewsząd płynie jedna narracja - i to chyba od momentu, kiedy powstał Instagram. Dzisiaj już nie masz prawa być w czymś średni. Nie możesz kupić sobie starej gitary tylko po to, żeby pobrzdąkać na niej trzy akordy - musisz od razu wymiatać. Nie możesz pójść pobiegać do parku dla relaksu - musisz od razu zrobić półmaraton w morderczym tempie. O co w tym chodzi?
Kamil: Próg wejścia we wszystko stał się dzisiaj absurdalnie wysoki.
Łukasz: Musisz być najlepszy, cudowny, zarabiać kupę kasy i mieć sześciopak na brzuchu. Gdzie podziała się zwyczajna przeciętność? Przecież esencja człowieczeństwa polega często właśnie na byciu średnim! Naprawdę ważne rzeczy to rodzina, przyjaciele, uśmiech i to, że wstajesz rano zdrowy. To są najprostsze sprawy, ale to dla nich de facto żyjemy, a nie po to, żeby na każdym kroku podbijać kosmos. Tymczasem świat wmawia ci, że sukces to jedyna droga. A wiesz, czym jest prawdziwy sukces w życiu? To sytuacja, w której masz wokół siebie trzech bliskich ludzi, którym nie boisz się spojrzeć w oczy, i którzy uważają cię za dobrego człowieka. To jest sukces, a nie to, że dostaniesz Fryderyka, podczas gdy w życiu prywatnym masz totalny kryzys, niszczysz relacje i wyrzucasz chłopaków z zespołu. Co z tego, że przygarniesz tę statuetkę?
Co jeszcze możecie zdradzić mi o płycie „Jaka piękna katastrofa”?
Łukasz: Utwory są ułożone od najmniej do najbardziej uduchowionych. Gdy słucha się tych trzynastu numerów po kolei, początek płyty wydaje się wręcz chamski, ale końcówka sprawia, że masz poczucie wysłuchania głębszej treści. Mimo że na samym początku w ogóle się na to nie zapowiada - ale taki właśnie był plan. Słuchacz doświadcza ogromnego gradientu wartości. Wychodzimy od zwykłego chamstwa, od bycia niewolnikiem taniej dopaminy, a kończymy na pewnej przemianie duchowej.
Jędrzej: Ta płyta na pewno będzie ciekawa zarówno tekstowo, jak i instrumentalnie. Dużo się tam dzieje i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Co ważne, materiał wciąż jest spójny. Eksperymentujemy z różnymi gatunkami, ale wszystko jest osadzone w konkretnej konwencji.
Radek: Album jest zdecydowanie „o czymś” i ma swój wyraźny charakter. To chyba najważniejsze w dzisiejszych czasach - żeby twórczość była „jakaś”.
Kamil: Ja od siebie mogę zdradzić, że pojawią się tam bardzo ładne smyczki. Będzie ciekawie.
Oceniając z dzisiejszej perspektywy - co dał wam Jarocin?
Łukasz: Powiedziałbym, że przede wszystkim strzał w pysk - ale taki bardzo pozytywny.
Kamil: Dał nam ogromną motywację do działania. Przed Jarocinem nasz zespół rozpadał się kilkanaście razy. Byliśmy zagubieni w tym, co tak naprawdę chcemy robić. Jarocin przede wszystkim ugruntował nasz skład. Dostaliśmy szansę zaprezentowania się na dużej scenie, usłyszeliśmy mnóstwo miłych słów i to dało nam kopa. Uświadomiło nam, że to, co robimy, jest dobre i chcemy to kontynuować.
Łukasz: Chcielibyśmy bardzo podziękować organizatorom za to, jak zostaliśmy potraktowani. W zeszłym roku pani burmistrz pytała nas o uwagi i o to, co można by poprawić. Wskazaliśmy dwie rzeczy, ale byliśmy przekonani, że to tylko czysta kurtuazja i nikt na to nie spojrzy. Tymczasem oni naprawdę wzięli to sobie do serca i wprowadzili zmiany. Byłem w ogromnym szoku, bo takie rzeczy w tej branży rzadko się zdarzają. Mam do tych ludzi wielki szacunek za to, że słuchają głosu młodszych i mniej doświadczonych od siebie. To piękna sprawa. Jesteśmy im mega wdzięczni za wszystko i trzymamy kciuki, żeby ten festiwal dalej tak świetnie się rozwijał.
Jakie macie teraz marzenia?
Łukasz: Ja chcę zbudować dom w górach.
Jędrzej: Chciałbym, żeby płyta spodobała się ludziom i wniosła coś do ich życia. Niekoniecznie musi od razu zmieniać cały rynek muzyczny, ale zależy nam, żeby została ciepło zapamiętana. Żeby to nie był kolejny, przeciętny krążek do odhaczenia, tylko coś, co zostawi po sobie trwały ślad.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
fot. arch. Jarocin Festiwal
Zespół cafetrauma tworzą:
Łukasz Konopnicki (wokal, teksty) - artysta, którego muzyczna droga zatoczyła koło - od mrocznych brzmień, przez internetowy fenomen, aż po powrót do korzeni. Swoją przygodę zaczynał jako basista w kapeli metalcore’owej, jednak przełomem okazało się spotkanie z producentem i przyjacielem, Filipem Filipczakiem, który zaszczepił w nim pasję do rapowania. W jego biografii niezwykle barwnym epizodem okazał się humorystyczny projekt Bogdano Banani Deluxe, tworzony - jak mówi sam Łukasz - „dla beki, wspólnie ze szwagrem”. Choć piosenki powstawały przy zerowym budżecie, kręcone słabymi telefonami i nagrywane na mikrofonie od Skype’a, niespodziewanie wygenerowały setki tysięcy odtworzeń na YouTube i przyciągnęły uwagę profesjonalnej wytwórni. To doświadczenie uświadomiło Łukaszowi, że pisząc po polsku, można bez problemu trafić do większej publiczności. Po rozpadzie projektu zaliczył jeszcze okres przejściowy jako Skowyr Multirecedywa, pod którym to szyldem wciąż skrywa solowe numery. Ostatecznie jednak to w cafetraumie odnalazł swoje najbardziej naturalne środowisko, wracając do tego, co od dzieciństwa kochał najbardziej: metalcore'u, deathcore’u, beatdownu i hardcore'u.
Kamil Jagiełło (gitara basowa, produkcja) - jako wychowanek punkowych załogantów, od najmłodszych lat chłonął twórczość i buntowniczą energię płynącą z nagrań jarocińskich koncertów Defektu Muzgó czy Zielonych Żabek. Jego późniejsza ścieżka była jednak pełna gatunkowych wolt. Po punkowych początkach zajął się produkcją muzyki popowej, współpracując m.in. z wokalistką Antonine, a także zaliczył krótki mariaż z muzyką disco w Bogdano Banani Deluxe. Wspólnie z Radkiem powołał do życia hip-hopowe produkcje oraz popowo-indie projekt Serca, z którym wydali debiutancką epkę. Dla Kamila te wszystkie skrajne doświadczenia stanowią dziś fundament Cafetrauma. Jego największą artystyczną ambicją i satysfakcją jest tworzenie muzyki wymykającej się sztywnym ramom - takiej, której słuchacze i krytycy nie potrafią jednoznacznie zaszufladkować ani do niczego porównać.
Radek Baranowski (gitara elektryczna, produkcja) - choć pochodzi z tego samego regionu co Kamil, ich drogi artystyczne zeszły się stosunkowo późno, bo sześć lat temu, właśnie przy okazji zakładania projektu Serca. Radek nie lubi zamykać się w jednym nurcie. Oprócz wspólnych, hip-hopowych i popowych poszukiwań z Kamilem, od kilku lat aktywnie współtworzy alternatywno-rockową formację Jacko Brango i występuje z zaprzyjaźnionymi artystami, z którymi na co dzień tworzy muzykę, m.in. Jea Mira, Norbi&Wika czy koko die. Jako producent na co dzień współpracuje z wieloma artystami, głównie związanymi ze sceną wrocławską. W jego dotychczasowym portfolio można znaleźć niemal wszystko: od indie rocka i alternatywy, przez pop, aż po rap. To bogate, multidyscyplinarne zaplecze pozwala mu wnosić do brzmienia cafetraumy unikalną świeżość i producencki sznyt.
Jędrzej Cypryjański (perkusja) - pochodzi ze Szczecina. Jego muzyczna świadomość zaczęła kształtować się w liceum, kiedy to zafascynował się kultową formacją The Analogs i wsiąkł w środowisko punkrockowe. Kluczowe dla jego rozwoju okazało się spotkanie z muzykami z zespołów Bloki i Smoki oraz ODC, którzy wkręcili go w mocniejsze granie. Zainspirowany tym klimatem, założył z kolegami formację Meatballs - to właśnie dzięki intensywnej działalności w tym zespole i koncertom w całym kraju poznał chłopaków z Cafetrauma. W międzyczasie Jędrzej zbierał szlify na warszawskiej scenie metalcore’owej jako członek ekipy Pale Path. Dzisiejszą obecność w Cafetrauma traktuje jako idealne podsumowanie i zwieńczenie wszystkich dotychczasowych projektów, w których krok po kroku zbierał doświadczenie.
Komentarze (0)