Świat obiegła wiadomość o odejściu króla Norwegii Haralda V – monarchy uwielbianego przez rodaków, przez dekady będącego symbolem skromności, otwartości i nowoczesnego patriotyzmu. Panował od stycznia 1991 roku, a więc przez ponad 35 lat. Jego życiorys jest prawie gotowym scenariuszem do pasjonującego filmu - można znaleźć w nim wszystko: to ucieczka przed nazistami do USA, wielka miłość do Sonji Haraldsen, niesamowita pasja sportowa i sukcesy w żeglarstwie, nowoczesne pojmowanie funkcji króla, wreszcie rzadka choroba, która przyczyniła się do jego odejścia.
***Miałem niesamowite szczęście, bo osobiście rozmawiałem z królem Haraldem V. Takie zdarzenia szczególnie zapadają w pamięć, a fakt, że do tego doszło wygląda dziś jak bajka lub konfabulacja. Podróż do Norwegii i wizyta u króla są tak naprawdę, jak opowieść sf.***
Wszystko zaczęło się w końcu kwietnia 2002 roku. Posłem z Kalisza był w tamtym czasie Marek Wagner, ówczesny szef Kancelarii Premiera Leszka Millera, z którym spotkałem się w czasie jednej z jego wizyt w Jarocinie, do którego dość często przyjeżdżał. W czasie rozmowy powiedział, że istnieje możliwość, aby dziennikarz z “Gazety Jarocińskiej” wziął udział w zagranicznej podróży dyplomatycznej premiera. W tamtym momencie pomyślałem: po co nam w “Jarocińskiej” jakieś relacje z zagranicznych podróży szefa rządu. To wielka polityka, którą się w lokalnym tygodniku nie zajmujemy. Jednak, kiedy dowiedziałem się, że Leszek Miller leci na jeden dzień do Norwegii, stwierdziłem, że może jednak warto wykorzystać tę szansę, jaką stworzyła znajomość z ministrem Wagnerem. Zadzwoniłem do niego i dopisał mnie do korpusu dziennikarzy towarzyszących Premierowi w tej zagranicznej podróży.
6 czerwca 2002 roku o godzinie szóstej rano zameldowałem się na wojskowym lotnisku na Okęciu w Warszawie. Boarding przebiegał niezwykle sprawnie. Duża grupa dziennikarzy też leciała wtedy do Norwegii. Reprezentowali oczywiście wszystkie największe media - Polską Agencję Prasową, telewizje ogólnopolskie, największe stacje radiowe i dzienniki. Tylko ja byłem z niewielkiej, lokalnej gazety i patrzyli na mnie trochę jak na jakiś cud natury: skąd ten facet się wziął. W czasie odbierania karty pokładowej zauważyłem, że na liście dziennikarzy było tylko dwóch fotoreporterów - jeden z PAP-u i osobisty fotograf premiera, pracujący dla Centrum Informacyjnego Rządu.
Wtedy zadziałał dziennikarski instynkt, co potem okazało się także szczęśliwym wyborem - przy odbiorze dokumentu podałem nie tylko nazwę redakcji, ale także dopisałem “fotoreporter”. To okazało się ważne po przylocie do Oslo, bo fotoreporterzy otrzymywali identyfikator “PHOTO” od służb obsługujących wizytę. Oczywiście miałem przy sobie aparat fotograficzny, ale nie jakiś profesjonalny, jak moi pozostali dwaj koledzy, ale zwykłego Canona. Moja decyzja “zostaniu fotoreporterem” zmieniła wszystko. Po pierwsze, jak się okazało na miejscu w Oslo, dla obsługi fotoreporterskiej był odrębny samochód - na miejscu kolejnych spotkań musieliśmy być przecież przed przyjazdem oficjalnej delegacji, żeby wszystko uwiecznić. Po drugie - nie musieliśmy się tłoczyć z pozostałymi dziennikarzami, których było o wiele więcej. Z lotniska zawieźli nas do siedziby premiera Norwegii.
W gabinecie szefa rządu państwa Wikingów zrobiliśmy zdjęcia i po chwili nas wyproszono na czas poufnych rozmów. Nie czekaliśmy zbyt długo. Następnym punktem wizyty Leszka Millera w Oslo było spotkanie z królem Haraldem V. Tu też musieliśmy być przed premierem. Ochrona zawiozła nas do pałacu królewskiego niewielkim busem i bocznymi korytarzami poprowadzono naszą trójkę prosto na piętro, pod drzwi gabinetu królewskiego. Za chwilę olbrzymie drzwi otworzył kamerdyner. Za wielkim biurkiem siedział prawdziwy monarcha. Nim Leszek Miller przekroczył próg sali, król Harald V wstał, podszedł do nas i podał każdemu rękę. Wywiązała się swobodna, krótka rozmowa o pierwszych wrażeniach z Oslo oraz o specyfice pracy fotoreportera. Choć zrobione wtedy pamiątkowe zdjęcia zaginęły gdzieś w czeluściach archiwów cyfrowych, to wspomnienie uścisku dłoni norweskiego władcy pozostało na zawsze. Po chwili oczywiście wyproszono nas z gabinetu na czas rozmowy premiera z Haraldem V.
Dalsza część tamtego 18-godzinnego maratonu w Oslo była równie intensywna: wizyta w parlamencie, spacer po słynnym Parku Frogner, bankiet w polskiej ambasadzie i nocny powrót na wojskowe Okęcie. Prawdopodobnie był to jedyny w historii bezpośredni kontakt mieszkańca Jarocina z panującym królem Norwegii, a być może z jakimkolwiek urzędującym monarchą. Do dziś pozostaje w mojej pamięci.Śmierć Haralda V zamyka pewną epokę w historii Europy, ale przypomina też ważną prawdę: praca w mediach lokalnych nie zna granic, a dziennikarz z Jarocina może znaleźć się w samym centrum wydarzeń światowego formatu.
Komentarze (0)