Jakub Piotrowicz, Gazeta Jarocińska: Niedawno minęły dwa lata od objęcia przez panią mandatu. Szybko zleciało?
Lidia Czechak: Bardzo szybko. Nawet się nie spodziewałam, a już zaczyna być wyczuwalna atmosfera przygotowań do kolejnych wyborów. Początki były trudne, bo dołączyłam do Sejmu w trakcie kadencji, więc musiałam szybko nadrobić kwestie związane z pracą parlamentarną. Bardzo pomogło mi niemal dwadzieścia lat doświadczenia samorządowego. Tematy lokalne i ogólnokrajowe często są podobne, zmienia się przede wszystkim skala. Uważam, że dobrze się w tym wszystkim odnalazłam. Pracuję w trzech komisjach: Rodziny i Polityki Społecznej, Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Polityki Senioralnej. Do tego dochodzi praca w podkomisjach, zespołach parlamentarnych i grupach bilateralnych. Dzielę swój czas między Warszawę a nasz region, więc jest bardzo intensywnie. Kiedy już wszystko sobie poukładałam, doszłam też do wniosku, że tutaj, w Jarocinie, muszę pracować ponad podziałami, które naturalnie powstają w Sejmie. Wiele można osiągnąć dzięki rozmowie z ludźmi, z którymi politycznie nie zawsze jest nam po drodze. Te dwa lata były więc naprawdę bardzo intensywne.
Normalnie to połowa kadencji, ale w pani przypadku to już 2/3. Ten rok opóźnienia mocno odbił się na pani pracy? Czy w opozycji, kiedy nie jest się aż tak sprawczym, nie ma to wielkiego znaczenia?
Wydaje mi się, że dość szybko nadrobiłam ten czas. Różnicę odczuwałam właściwie tylko przez pierwsze dwa–trzy miesiące. Z natury jestem osobą komunikatywną i szybko zostałam zauważona w parlamencie. Mam dużo wystąpień, a dzięki wcześniejszemu doświadczeniu dość szybko objęłam również funkcję wiceprzewodniczącej podkomisji. Od początku prowadziłam też projekty ustaw w imieniu klubu i komisji przekazane mi od posła którego zastąpiłam, między innymi dotyczące świadczenia dla stulatków. Pomogła mi również wiedza prawnicza. Nawet jeżeli czegoś nie wiem, wiem, gdzie szukać odpowiednich przepisów i informacji. Po kilku miesiącach właściwie przestałam odczuwać, że weszłam do Sejmu później niż pozostali posłowie.
Lepiej wchodzić do parlamentu w trakcie kadencji, kiedy partia rządzi i jest się na świeczniku, czy kiedy jest w opozycji i można się spokojniej wdrożyć?
W takim przypadku jak mój chyba łatwiej było rozpocząć pracę w opozycji. Oczywiście chciałabym również doświadczyć pracy posła należącego do większości rządzącej, bo wtedy możliwości wpływania na różne sprawy są większe. Zależy mi przede wszystkim na wspieraniu samorządów i na tym, żeby mieszkańcy odczuwali korzyść z tego, że mają swojego parlamentarzystę. Z drugiej strony, będąc aktywnym posłem opozycji, można zostać zauważonym. Potrafię rozmawiać ponad podziałami i widzę, że przynosi to efekty. Szczególnie w sprawach społecznych powinniśmy umieć ze sobą rozmawiać niezależnie od tego, z jakiej partii się wywodzimy. Chciałabym jednak mieć możliwość pracy jako poseł większości rządzącej, przede wszystkim dlatego, że daje to większy wpływ na sprawy regionu. A to jest dla mnie niezwykle ważne.
Czyli jednak jest coś, za co lubi pani Donalda Tuska. Gdyby nie on, to PiS nadal by rządził, a wtedy wdrożyć byłoby się trudniej.
Jestem osobą, która zawsze szanuje wynik wyborów. Dlatego nie podobają mi się ataki na prezydenta, ale tak samo nie podobają mi się personalne ataki na inne osoby zajmujące najważniejsze stanowiska w państwie. Nie można obrażać się na demokrację. Dzisiaj prezydentem jest Karol Nawrocki, a premierem Donald Tusk i należy to respektować. Nie jestem osobą, która kogokolwiek hejtuje. Oczywiście jako opozycja krytykujemy działania rządu, ale taka jest nasza rola. Opozycja ma kontrolować władzę, patrzeć jej na ręce i przypominać o niespełnionych obietnicach. Ludzie mają prawo oczekiwać, że politycy będą rozliczani z tego, co obiecywali przed wyborami. Sama również przywiązuję do tego dużą wagę – jeżeli coś się obiecuje, należy zrobić wszystko, aby tę obietnicę zrealizować. Dlatego często kieruję do premiera i ministrów pytania o sprawy, które mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zostały zrealizowane. Natomiast w przypadku premiera brakuje mi jego większej obecności w Sejmie. Poprzedni premier bardzo często był obecny nawet wśród zwykłych posłów. Dzisiaj tego nie widzę. Być może wynika to z innych obowiązków premiera. Nie można natomiast Donaldowi Tuskowi odmówić politycznej skuteczności. Prawo i Sprawiedliwość uzyskało w wyborach najwięcej głosów spośród komitetów, ale to Donald Tusk zbudował większość parlamentarną i został premierem.
Mówi pani o tym, że już się pani przyzwyczaiła do tej nowej roli, ale z tyłu głowy nadal jest pani samorządowcem?
Trochę tak. Cały czas bardzo uważnie obserwuję to, co dzieje się w samorządach. Wiele moich interwencji dotyczy właśnie ich problemów, szczególnie wtedy, kiedy nakłada się na nie kolejne zadania, a nie zapewnia odpowiednich środków na ich realizację. Praca samorządowca bardzo mi odpowiadała, bo samorząd jest bardziej sprawczy. Poseł nie wybuduje drogi i sam nie przyzna dotacji. Może natomiast interweniować, zabiegać, pytać i być takim mostem łączącym mieszkańców czy samorządy z administracją państwową. Jako starosta, kiedy przychodził do mnie mieszkaniec z problemem dotyczącym kompetencji powiatu, często mogliśmy zacząć działać od razu. Miałam do dyspozycji cały urząd i zespół pracowników. Jako poseł muszę zwracać się do różnych instytucji, czekać na odpowiedzi i dopiero na ich podstawie podejmować kolejne działania. To powoduje, że cały proces trwa dłużej. To właśnie jedna z rzeczy, których najbardziej brakuje mi z samorządu – możliwości działania tu i teraz.
Kilka liczb. 497 wygłoszonych wystąpień na posiedzeniach, 97,47% uczestnictwa w głosowaniach, osiem komisji, siedem zespołów parlamentarnych, sześć grup bilateralnych. Całkiem tego sporo, jak na kogoś kompletnie nowego w Sejmie.
Warto wyjaśnić, że wystąpienia niewygłoszone również są formalnie wystąpieniami poselskimi. Czasami poseł jest zapisany do zabrania głosu, ale w tym samym czasie musi uczestniczyć w posiedzeniu komisji. Wtedy może złożyć swoje wystąpienie na piśmie i minister również odpowiada na nie pisemnie. Ludzie często mówią mi: „Pani Lidko, pani przemawia, a na sali prawie nikogo nie ma”. Tyle że praca Sejmu nie odbywa się wyłącznie na sali plenarnej. W tym samym czasie trwają posiedzenia komisji, podkomisji, zespołów i inne spotkania związane z pracą parlamentarną. Moich wystąpień jest dużo również dlatego, że tematy, którymi się zajmuję, pojawiają się praktycznie na każdym posiedzeniu. Najbardziej cieszę się jednak z interpelacji. Zdarzało się, że minister w odpowiedzi przyznawał, że podnoszony przeze mnie problem rzeczywiście wymaga zmian. To daje mi dużą satysfakcję, bo pokazuje, że interpelacja może być merytorycznym narzędziem wpływania na rzeczywistość, a nie wyłącznie sposobem krytykowania rządu. Staram się być aktywna również dlatego, że mieszkańcy mają prawo sprawdzić, jak pracuje ich poseł. W kategorii liczby interpelacji jestem obecnie na piątym miejscu w całym Sejmie.
Nie będę teraz prosił pani o podanie konkretnych liczb, ale ile z tych niemal 500 wystąpień było na tyle istotnych, że wnosiło coś dla obywateli, a ile było różnego rodzaju przemówień, komunikatów związanych z gratulacjami?
To są dwie różne rzeczy. Wystąpienia podczas posiedzeń Sejmu dotyczą bezpośrednio procedowanych ustaw. Są to między innymi pytania kierowane do ministrów, na przykład o to, skąd samorządy mają wziąć pieniądze na realizację nowych obowiązków. Czym innym są oświadczenia poselskie, których mam około 99. To jedna z niewielu form, w których poseł może samodzielnie wybrać temat. Wykorzystuję je również do poruszania spraw naszego regionu – ważnych rocznic, sukcesów lokalnych organizacji czy straży pożarnych, promocji wydarzeń takich jak festiwal w Jarocinie, ale również problemów społecznych, na przykład uzależnienia dzieci i młodzieży od telefonów.
Co pani w trakcie tych dwóch lat zrobiła bezpośrednio jako poseł dla Jarocina czy też powiatu jarocińskiego?
Poseł nie jest burmistrzem ani starostą, więc nie może powiedzieć: „wybudowałam drogę” czy „zrealizowałam inwestycję”. Może jednak skutecznie reprezentować mieszkańców i pilnować ich spraw. Jednym z takich obszarów są inwestycje. Kiedy pojawiają się nowe możliwości finansowania, staramy się informować o nich samorządy. Pilnuję również inwestycji już rozpoczętych i planowanych, między innymi dotyczących dróg krajowych nr 11, 12 i 15 czy ścieżki rowerowej w kierunku Goliny. Mam zasadę, że regularnie zwracam się do odpowiedzialnych instytucji o informacje dotyczące terminów, finansowania oraz przyczyn ewentualnych opóźnień. Bardzo dużo jest też indywidualnych spraw mieszkańców. Często dotyczą prawa rodzinnego, kontaktów rodziców z dziećmi czy problemów z egzekwowaniem alimentów. Wspieram również organizacje społeczne, straże pożarne czy stowarzyszenia starające się o środki z programów grantowych. Dlatego uważam, że dobrze jest, kiedy miasto czy powiat mają swojego parlamentarzystę. Nie chodzi nawet konkretnie o mnie. Po prostu człowiek związany z danym miejscem w naturalny sposób czuje większą odpowiedzialność za jego reprezentowanie.
Czy miała pani coś w planach jako starosta, „zawiozła” pani to ze sobą do Warszawy i próbowała to przeforsować, czy czeka też pani na to, aż pani macierzysta partia wróci do władzy?
Kiedy byłam starostą, dużym atutem tamtego okresu było to, że do samorządów płynęło wiele środków inwestycyjnych. Bardzo liczyłam na to, że niezależnie od tego, kto będzie rządził – Prawo i Sprawiedliwość czy obecna koalicja – ten poziom wsparcia zostanie utrzymany. Uważam, że te pieniądze bardzo mocno przyspieszyły rozwój naszego powiatu. Kiedy odchodziłam ze starostwa, dwie ostatnie duże inwestycje, które pozostawiałam, to budowa drogi Jaraczewo–Gola oraz środki na warsztaty przy Zespole Szkół Ponadpodstawowych nr 2, które niedługo zostaną otwarte. Nie mam więc poczucia, że pozostawiłam po sobie jakiś jeden wielki, niedokończony projekt, który musiałabym teraz „zabierać” do Warszawy.
Pora na pytania od naszych czytelników, a być może także wyborców. Pan Stefan pyta o rezonans magnetyczny przy jarocińskim szpitalu. Czy podejmowała pani w tej sprawie konkretne działania?
Jako poseł dotychczas nie podejmowałam tej sprawy, ponieważ nikt się do mnie z takim problemem nie zgłosił. Znam go natomiast jeszcze z okresu, kiedy pracowałam w samorządzie powiatowym. Wtedy pytaliśmy o możliwość finansowania badań w ramach umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia i otrzymaliśmy odpowiedź, że nie ma takiej możliwości. Problem polega między innymi na tym, że NFZ bierze pod uwagę dostępność takich świadczeń w sąsiednich miejscowościach. W naszym przypadku rezonans jest dostępny między innymi w Pleszewie, około 20 kilometrów od Jarocina, co wpływa na decyzje Funduszu dotyczące kontraktowania kolejnego miejsca wykonywania badań. To jednak ważny temat i dziękuję panu Stefanowi za jego podniesienie. Zwrócę się do obecnych władz szpitala z pytaniem, czy podejmowały starania o kontrakt oraz jakie są obecnie możliwości finansowania badań rezonansem w Jarocinie w ramach NFZ.
Pan Józef twierdzi, że nie dotrzymała pani słowa jako starosta w sprawie oświetlenia chodnika na drodze Radlin–Kąty.
Tutaj muszę się z panem Józefem nie zgodzić, ponieważ jako starosta nie mogłam obiecać wykonania oświetlenia. Pan Józef rzeczywiście zwracał się do nas w sprawie budowy chodnika Radlin–Kąty wraz z oświetleniem. Informowaliśmy jednak, że powiat może zajmować się kwestią chodnika, natomiast oświetlenie należy do zadań gminy. Informowałam o tym również sołtysa. Oczywiście taki wniosek można skierować do gminy i, o ile wiem, został on złożony. Budżety samorządów są jednak ograniczone i wszystkie inwestycje trzeba odpowiednio zaplanować. Mam nadzieję, że środki na oświetlenie w końcu się znajdą. Nie mogłam jednak jako starosta obiecać realizacji zadania, które nie należało do kompetencji powiatu.
Pani Sylwia pyta o fetor odczuwalny między innymi na osiedlu 700-lecia.
W ostatnich dniach otrzymałam rzeczywiście bardzo dużo zgłoszeń w tej sprawie. Wiem, że spółka odpowiedzialna za instalację podejmowała działania i ponosiła nakłady, aby ograniczyć uciążliwości zapachowe, ale skoro mieszkańcy nadal zgłaszają problem, to znaczy, że nie został on rozwiązany w wystarczającym stopniu. Jako poseł nie zarządzam spółką i nie chcę obiecywać czegoś, na co bezpośrednio nie mam wpływu. Mogę natomiast interweniować. Dlatego skieruję odpowiednie pisma z pytaniem o źródła uciążliwości, podjęte działania oraz o to, jakie kolejne rozwiązania można zastosować, żeby ograniczyć problem. Rozumiem mieszkańców, bo dla osób, które mieszkają w pobliżu i odczuwają ten zapach na co dzień, jest to realna uciążliwość. Dlatego ta sprawa wymaga konkretnych odpowiedzi.
Czy Przemysław Czarnek to dobry kandydat na premiera?
Przemysława Czarnka bardzo cenię jako kolegę z ław poselskich. Kiedy poznałam go osobiście, zobaczyłam go trochę inaczej niż wcześniej przez pryzmat jego funkcji ministra edukacji czy wystąpień medialnych. Jest osobą bardzo pracowitą i aktywną, a we współpracy parlamentarnej również bardzo uprzejmą. Ma doświadczenie ministerialne i parlamentarne. Ostateczna decyzja dotycząca kandydata na premiera należy jednak do władz partii i będzie również elementem strategii przed kolejnymi wyborami. Osobiście sądziłam, że nazwisko kandydata powinno być przedstawiane bliżej kampanii wyborczej. Im wcześniej kandydat zostaje wskazany, tym dłużej staje się naturalnym celem politycznych ataków. Dla mnie ważniejsze od personaliów jest to, z jakim programem pójdziemy do wyborów i co konkretnie będziemy chcieli zrobić dla Polski.
Co pani sądzi o powstaniu Rozwoju Plus?
Zależy mi na tym, żeby po prawej stronie sceny politycznej była zdolność do współpracy. Cenię Mateusza Morawieckiego, z którym miałam okazję współpracować. Doceniam jego pracowitość oraz to, że dużą wagę przywiązuje do gospodarki, inwestycji i źródeł ich finansowania. Nie jestem jednak w Rozwoju Plus. Początkowo sądziłam, że będzie to inicjatywa funkcjonująca wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości – pewnego rodzaju środowisko programowe. Uważałam, że w ramach jednej partii mogą istnieć różne nurty: bardziej konserwatywny i bardziej centrowy, które razem pozwalają docierać do szerszej grupy wyborców. Dlatego informacja o powstaniu odrębnego środowiska politycznego mnie zmartwiła. Z punktu widzenia ordynacji wyborczej rozproszenie głosów może mieć znaczenie dla podziału mandatów. Mam więc nadzieję, że przed wyborami będzie możliwa rozmowa o formule współpracy.
Miała pani propozycję, żeby dołączyć do stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego?
Tak. Rozważałam tę propozycję, ale tylko do momentu, kiedy pojawiły się informacje, że Rozwój Plus może pójść własną drogą polityczną. Wtedy rozmowy z mojej strony się zakończyły. Zawsze przywiązywałam dużą wagę do lojalności. Mandat uzyskałam, startując z listy Prawa i Sprawiedliwości, i uważam, że zobowiązuje mnie to do reprezentowania tego środowiska.
Podpisała pani tak zwaną lojalkę? Jak ona wyglądała?
Nie nazwałabym tego „lojalką”, bo to słowo ma dla mnie bardzo negatywne skojarzenia. Dokument zawierał deklarację, że jako członek Prawa i Sprawiedliwości nie będę należała do organizacji prowadzących konkurencyjną działalność polityczną. Dla mnie było to dość oczywiste. Jeżeli ktoś należy do jednej partii politycznej, trudno jednocześnie angażować się w budowę konkurencyjnego środowiska politycznego. Dlatego nie miałam problemu z podpisaniem takiej deklaracji. Po zmianach w klubie trzeba też na nowo podzielić obowiązki – obecność w mediach, wystąpienia sejmowe, odpowiedzialność za projekty ustaw czy pracę w regionach. Odeszła grupa aktywnych posłów, więc naturalne jest, że pozostałe osoby będą musiały przejąć część tych zadań.
Czy ten rozdział może być dla pani szansą na częstszą obecność w ogólnopolskich mediach?
Może być szansą na pokazanie, że w Prawie i Sprawiedliwości jest duża grupa aktywnych osób, które chcą poszerzać grono wyborców naszego środowiska. Szczególnie ważne jest dla mnie dotarcie do młodych ludzi. Trzeba zastanowić się, czego oczekują, co jest dla nich ważne i dlaczego część z nich poparła Karola Nawrockiego, a jednocześnie nie zawsze utożsamia się z Prawem i Sprawiedliwością. To jest dla nas ważne zadanie na najbliższy czas.
A myśli pani czasem jeszcze nad tym, żeby mimo wszystko zmienić barwy jesienią?
Na ten moment zdecydowanie nie. W polityce oczywiście nigdy nie powinno się przesądzać wszystkiego na wiele lat do przodu, bo sytuacja może się zmieniać, chociażby w kontekście wspólnej listy wyborczej. Dzisiaj jednak w ogóle nie rozważam zmiany barw. Jestem członkiem klubu Prawa i Sprawiedliwości, reprezentuję ten klub i dla niego pracuję.
Jak pani zdaniem potoczą się losy PiS-u po wyborach?
Uważam, że Prawo i Sprawiedliwość powinno zwiększać swoją zdolność do współpracy z innymi środowiskami. Doświadczenia ostatnich wyborów parlamentarnych pokazały, że samo uzyskanie największej liczby głosów przez jeden komitet nie oznacza jeszcze możliwości utworzenia rządu. Do tego potrzebna jest większość parlamentarna. Dlatego rozmowy z potencjalnymi partnerami powinny odbywać się wcześniej, a nie dopiero dzień po wyborach. Dotyczy to również ewentualnej współpracy w wyborach do Senatu. Najważniejsze jest wypracowanie wspólnych punktów programowych i określenie, za jakie obszary poszczególne środowiska mogłyby odpowiadać. Ostateczny kształt przyszłej większości będzie oczywiście zależał od decyzji wyborców i wyników wyborów.
Razem z Grzegorzem Braunem?
Trudno dziś odpowiadać na pytanie o konkretną przyszłą koalicję. Nie jestem zwolenniczką stylu politycznego Grzegorza Brauna – jego emocjonalna i teatralna forma prowadzenia polityki nie jest mi bliska. Ewentualne decyzje dotyczące współpracy będą jednak zależały od wyników wyborów, składu przyszłego parlamentu oraz przede wszystkim od tego, czy będzie możliwe wypracowanie konkretnych wspólnych rozwiązań programowych.
Gdzie pani widzi się w tym wszystkim? Będzie pani kandydować do Sejmu i na które miejsce pani może liczyć na liście wyborczej PiS-u?
Na pewno zamierzam ubiegać się o ponowny mandat. Jeśli chodzi o miejsce na liście, decyzję będzie podejmował komitet polityczny, który ocenia działalność parlamentarzystów. Mam świadomość, że jestem posłem pierwszej kadencji, a w naszym okręgu są również parlamentarzyści z dużo dłuższym stażem. Nie wiem też, jakie kryteria ostatecznie zostaną przyjęte – czy najważniejsza będzie aktywność w tej kadencji, czy całokształt pracy parlamentarnej. Ostateczny układ list zapewne poznamy dopiero stosunkowo blisko wyborów. Dzisiaj skupiam się więc na pracy. Chciałabym ponownie zdobyć mandat i mieć możliwość pokazania swojej skuteczności również w sytuacji, gdyby Prawo i Sprawiedliwość współtworzyło przyszłą większość parlamentarną. Uważam też, że dla naszego regionu ważne jest posiadanie własnego parlamentarzysty – niezależnie od tego, czy będę nim ja, czy ktoś inny. Jeśli chodzi o moje miejsce na liście, o tym zdecydują władze partii.
Nie boi się pani, że pozostając w PiS-ie, może pani nie wejść do Sejmu?
W każdych wyborach kandydat podejmuje ryzyko. System podziału mandatów powoduje, że znaczenie ma nie tylko indywidualny wynik kandydata, ale również wynik całej listy w okręgu. Oczywiście można dokonywać różnych kalkulacji dotyczących tego, z której listy łatwiej byłoby kandydować, ale trzeba również pamiętać o progu wyborczym i o tym, że przekroczenie progu w skali kraju nie gwarantuje mandatu w każdym okręgu. Dlatego zamiast dziś prowadzić takie kalkulacje, wolę koncentrować się na pracy i budowaniu zaufania mieszkańców. Ostatecznie to wyborcy zdecydują, komu powierzą mandat.
Niezależnie od miejsca i listy wyborczej, myśli pani, że w następnych wyborach łatwiej będzie zebrać pani głosy jako urzędującej parlamentarzystce?
Na pewno dzisiaj jestem rozpoznawalna w większej części okręgu niż wtedy, kiedy startowałam jako starosta. Wówczas moja rozpoznawalność była naturalnie największa w powiecie jarocińskim. Praca poselska oznacza natomiast obecność w całym okręgu – jestem w Krotoszynie, Kępnie, Gostyniu i innych miejscowościach. Dzięki temu poznaję mieszkańców, ich problemy i lokalne środowiska. Znaczenie ma również obecność w mediach, ponieważ mieszkańcy widzą wtedy, że ich parlamentarzysta jest aktywny i zabiera głos w sprawach publicznych. Ostateczna ocena tej aktywności należy jednak do wyborców.
Jak ocenia pani obecny zarząd powiatu?
Współpracujemy cały czas bardzo dobrze. Obecny zarząd kontynuuje wiele zadań zaplanowanych jeszcze wcześniej, ale realizuje również własne, ciekawe projekty. Widzę duże zaangażowanie we współpracę z Kołami Gospodyń Wiejskich, sport, dzieci i młodzież oraz różne inicjatywy społeczne. Mam świadomość, że obecnie samorządom trudniej jest pozyskiwać środki na część inwestycji, a mieszkańcy nadal mają duże oczekiwania. Tym bardziej doceniam, że zarząd stara się realizować kolejne zadania. Dobrze nam się współpracuje i życzę im powodzenia w działaniach na rzecz powiatu.
Czy mogłaby pani zostać patronem lokalnego porozumienia obecnie rządzącej w powiecie frakcji ze środowiskiem Obywatelskiego Jarocina i grupą jarocińskich narodowców?
Nie myślałam dotychczas o takim formalnym porozumieniu. Potrafimy natomiast współpracować przy konkretnych inicjatywach. Tak było między innymi przy biegu pamięci Żołnierzy Wyklętych czy Marszu Niepodległości. Chciałabym zresztą, żeby formuła Marszu Niepodległości była możliwie szeroka i żeby mogły uczestniczyć w nim różne środowiska, dla których ważne są wartości patriotyczne. Rozmawiamy ze sobą normalnie, spotykamy się podczas lokalnych uroczystości i tam, gdzie mamy wspólne cele, potrafimy współpracować. Na deklaracje dotyczące jakiegokolwiek przyszłego paktu politycznego jest jednak zdecydowanie za wcześnie.
Jakie ma pani plany dotyczące swojej aktywności poselskiej na ostatni rok? Długa kampania czy jeszcze jakaś praca w Sejmie?
Z kampanią chciałabym ruszyć dopiero po wakacjach przyszłego roku. Do tego czasu chcę przede wszystkim pracować w Sejmie i w regionie. Aktywność parlamentarna jest dla mnie bardzo ważna również dlatego, że na jej podstawie oceniają mnie mieszkańcy, ale także moje środowisko polityczne, które będzie później podejmowało decyzje dotyczące list wyborczych. Dlatego najbliższe miesiące chcę wykorzystać przede wszystkim na pracę, a nie na prowadzenie przedwczesnej kampanii.
Gdzie będzie Lidia Czechak w październiku–listopadzie 2027 roku? To będzie fotel poselski, a może coś więcej, jakaś funkcja ministerialna?
Skromnie odpowiem: chciałabym, żeby był to ponownie fotel poselski. Oczywiście każdy parlamentarzysta chciałby mieć możliwość większego wpływu na rzeczywistość, szczególnie jeśli można wykorzystać daną funkcję również dla dobra mieszkańców swojego regionu. Dzisiaj jednak nie wybiegam tak daleko. Moim celem jest ponowne zdobycie zaufania mieszkańców, uzyskanie mandatu i dalsze reprezentowanie naszego regionu.
To poza mandatem, czego jeszcze pani sobie życzy na sam koniec?
Przede wszystkim zdrowia i trochę szczęścia, bo jedno i drugie jest w życiu bardzo potrzebne. Nie mam wielkich wymagań. Mam dobre życie rodzinne, przyjaciół, znajomych, pracę, która daje mi dużo satysfakcji, i naprawdę mam co robić. Dlatego przede wszystkim zdrowia, szczęścia i żeby nadal mieć energię do działania.
Komentarze (0)