Jak wchodziłem z teczką, to zawsze miałem przydział, a jak z pustymi rękoma, to nie miałem nic... [ZDJĘCIA]

Opublikowano:
Autor: RED., KM

Jak wchodziłem z teczką, to zawsze miałem przydział, a jak z pustymi rękoma, to nie miałem nic...  [ZDJĘCIA] - Zdjęcie główne
Autor: Archiwum prywatne, B. Nawrocki | Opis: Jak wchodziłem z teczką, to zawsze miałem przydział, a jak z pustymi rękoma, to nie miałem nic... [ZDJĘCIA]
Zobacz
galerię
18
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
WiadomościPokonywałem wiele kilometrów, aby zdobyć piwo Żywiec, pepsi colę czy wodę grodziską. Spędzałem wiele nocy w samochodzie. To były czasy, kiedy „obowiązywała” zasada „coś za coś”. Znałem wielu kierowników zakładów, z którymi załatwiałem towar. Jak wchodziłem z teczką, to zawsze miałem przydział, a jak z pustymi rękoma, to nie miałem nic...
reklama

Nad budynkiem wciąż wisi dobrze zachowany neon. Trzydzieści lat temu świecił fioletowym światłem i zapraszał gości. Dziś to jedyny widoczny ślad po motelu, który w czasach PRL-u uchodził za miejsce wyjątkowo ekskluzywne.

Budynek dawnej Agry stoi opuszczony, tuż obok bloków i nowo otwartego placu zabaw. Nie da się do niego wejść ani nawet zajrzeć do środka. Drzwi są zamknięte, okna zabite deskami lub płytami, część szyb wybita. Poszarzała bryła wyraźnie odcina się od sąsiedniej zabudowy i w niczym nie przypomina dawnej restauracji.

Taras porastają mech i trawa, choć sam teren wokół obiektu jest zadbany. Jak się okazuje — nie bez powodu.

– Przyjechali z KOWR-u (obecny właściciel – przyp. red.) na kontrolę swojego mienia. A potem wycięto wszystkie chwasty i trawę - mówiła przed laty sołtys wsi Mariola Matuszak.

reklama

Nad budynkiem wciąż wisi dobrze zachowany neon. Trzydzieści lat temu świecił fioletowym światłem i zapraszał gości. Dziś to jedyny widoczny ślad po motelu, który w czasach PRL-u uchodził za miejsce wyjątkowo ekskluzywne.

Tatary, golonki i karp „z własnego połowu”

Historia Agry zaczyna się w 1977 roku. W Raszewach otwarto wówczas restaurację z hotelem, należącą do Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Dyrektorem PGR-u był Janusz Ważbiński, a kierownikiem lokalu został mieszkaniec wsi – Andrzej Bogaczyński.

To on zbudował renomę miejsca, które jak na tamte czasy wyróżniało się rozmachem. W Agrze pracowało czterech kucharzy, recepcjonistka i kelnerki. Na piętrze znajdowało się około 25 miejsc noclegowych.

reklama

Restauracja szybko zdobyła popularność. W okresie reglamentacji żywności serwowano tu dania, o których wielu mogło tylko pomarzyć: tatary, golonki po bawarsku, firmowy żurek i karpia w śmietanie. Ryba pochodziła ze specjalnego zbiornika, w którym goście — przynajmniej teoretycznie — mogli złowić ją sami.

W praktyce był to sprytny zabieg marketingowy. Kucharki miały już przygotowane karpie do smażenia, ale klient wychodził z przekonaniem, że sam złowił sobie obiad. A klient był najważniejszy — i chętnie wracał. Do kasy Agry regularnie wpływały pieniądze.

– Mieliśmy spore zyski. Kiedy spotkaliśmy się z kierownictwem PGR-ów na specjalnej naradzie podsumowującej, to okazało się, że w przeliczeniu na hektar, restauracja przynosiła więcej pieniędzy niż gospodarstwo rolne – przekonuje dziś Andrzej Bogaczyński.

reklama

„Coś za coś”, czyli jak zdobywało się towar

Złote lata Agry przypadły na trudny czas dla polskiej gospodarki. Sklepy świeciły pustkami, a pieniądze nie zawsze miały pokrycie w towarze. Restauracja w Raszewach była wyjątkiem. Posiadała własną masarnię, z której pochodziły mięsa, kiełbasy i wędliny. O resztę zaopatrzenia dbał osobiście kierownik.

– Pokonywałem wiele kilometrów, aby zdobyć piwo Żywiec, pepsi colę czy wodę grodziską. Spędzałem wiele nocy w samochodzie. To były czasy, kiedy „obowiązywała” zasada „coś za coś”. Znałem wielu kierowników zakładów, z którymi załatwiałem towar. Jak wchodziłem z teczką, to zawsze miałem przydział, a jak z pustymi rękoma, to nie miałem nic. W Agrze zaopatrzenie znajdowali też księża z okolicznych parafii, ponieważ wino było również produktem deficytowym – wspomina Bogaczyński.

reklama

Urzędnicy, Kwaśniewski i żołnierze z Kuby

W Agrze bywali wysoko postawieni goście: milicjanci, prokuratorzy, naczelnicy, duchowni. Stołował się tu także Aleksander Kwaśniewski, który w latach 80. pełnił funkcję szefa SZSP i odwiedzał Młodzieżowe Centrum Szkolenia i Rekreacji w Żerkowie.

Największym wydarzeniem był jednak pobyt około 200 żołnierzy z Kuby, którzy w Polsce przebywali przed wyjazdem na wojnę do Nikaragui. Ze względu na wielkość grupy posiłki wydawano w kilku turach.

– Graliśmy z nimi w piłkę nożną, siatkówkę. Dla Kubańczyków to było coś w rodzaju nagrody, przed wyjazdem na wojnę. Wśród Kubańczyków byli również tak zwani „bezpiecznicy” (funkcjonariusz SB – przyp. red.). Zostaliśmy więc poproszeni o zorganizowanie bankietu dla polskich i kubańskich „bezpieczników” – opowiada Bogaczyński.

Sylwester ’78. Orkiestra przyjechała milicją

Jak przystało na popularny lokal, w Agrze organizowano huczne sylwestry. Najbardziej pamiętny odbył się w 1978 roku. Zima była wyjątkowo sroga, drogi nieprzejezdne, a zaproszona orkiestra z Kołaczkowa… utknęła.

– Pojechałem ciągnikiem ze znajomym rolnikiem do Pyzdr na posterunek milicji, poprosić ich, aby pomogli nam w problemie. Funkcjonariusze zadzwonili do kolegów z Kołaczkowa z pewną propozycją. Orkiestra dojechała dokładnie o godz. 24.00, przywieźli ich łazem milicjanci z Kołaczkowa. Dzisiaj byłoby to niemożliwe, zaraz zostaliby ukarani – wspomina Bogaczyński.

Milicjanci zostali na zabawie do rana, a wracając, pomogli jeszcze rodzącej kobiecie z Rudy Komorskiej, którą przewieźli do szpitala we Wrześni.

Wesela, dancingi i dożynki na tysiące osób

Agra była miejscem dancingów, wesel i dużych imprez plenerowych. Wesela odbywały się głównie w środy i soboty, a wolne terminy były na wagę złota.

– Często musieliśmy odmawiać ludziom i nie byli z tego powodu zadowoleni – wspomina Bogaczyński.

Na weselach grywał m.in. zespół Amigos. Jednym z muzyków był Marek Tokarski z Jarocina.

– Graliśmy na wielu weselach w Agrze. Jedzenie tam było bardzo dobre. W czasach, kiedy nic nie można było dostać, tam było wszystko. Często załatwiałem tam kiełbasę – wspomina.

W Raszewach organizowano także dożynki, Hubertusy i zawody konne. Na święto plonów przyjeżdżało nawet 2,5 tysiąca osób, a w trakcie imprezy sprzedawano niemal tonę kiełbasy.

– Pojechałem do Polmosu po alkohol na dożynki. Musiałem na miejscu napisać specjalne podanie dla kogo i dlaczego? Wróciłem… z wywrotką wódki – mówi Bogaczyński.

Dyrektorzy z Huty Katowice i karpie bez talerzy

Jedną z barwniejszych historii był tygodniowy pobyt trzech dyrektorów z Huty Katowice i ich żon. Gdy skończyły się pomysły na atrakcje, Bogaczyński zaproponował wyprawę nad stawy w Podlesiu.

– Złowiliśmy karpie i usmażyliśmy je na patelni, która nie była myta od dwóch miesięcy. Jak oni jedli ze smakiem te ryby rękoma! Nie mieliśmy talerzy ani sztućców. Żony też dały się namówić. Wykupili wtedy cały alkohol, jaki miałem na wystawie: whisky, giny, wódkę, a nawet kawę – opowiada.

Tekst pierwotnie publikowany w 2021 roku

WRÓĆ DO ARTYKUŁU
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo