Kadr z dzieciństwa
Wszystko, co wiem o pani Irenie wyniosłam z dzieciństwa oraz z ostatnich sześciu miesięcy jej życia. Pierwszy raz zobaczyłam ją w słoneczny dzień, idącą chodnikiem pomiędzy szpalerem lip i ogródków działkowych na ul. Św. Ducha: wysoka, szczupła kobieta a przed nią trzy małe dziewczynki ubrane w sukienki, o których później często marzyłam. To, co zapamiętałam najbardziej to jasna, otwarta twarz, wyrazisty, przenikliwy wzrok i krótka fryzura, podkreślająca wysportowaną sylwetkę młodej matki.
Później widywałam ją jeszcze wiele razy na tym samym odcinku drogi: ja człapałam do lub ze szkoły podstawowej a ona jechała zgrabnie i szybko rowerem. Pamiętam, że za każdym razem miałam tremę, bo kobieta z daleka uśmiechała się do mnie a potem o coś pytała. O co pytała? Hm… niestety nie pamiętam.
Wspólny fryzjer zobowiązuje
Minęło wiele, bardzo wiele lat. Ciepłego przedpołudnia dojrzałego lata 2025, wybrałam się do fryzjera. Na fotelu obok siedziała kobieta pochłonięta wartką rozmową z fryzjerem Witoldem, którego regularnie odwiedzała od 40 lat. Spojrzałam z ciekawością w bok i napotkałam na jej wzrok. Nadal był taki sam, jak w dzieciństwie na ul. Św. Ducha: szczupła twarz a krótka fryzura. Wymieniłyśmy się wspomnieniami, imionami (teraz dowiedziałam się, że na na imię Irena) i numerami telefonów. Gdy podniosła się do wyjścia zauważyłam, że wspiera się na eleganckiej lasce.
Tak to zaczęła się nasza krótka, bo 6-miesięczna, ale szczególna znajomość. Dzwoniłyśmy do siebie i długo rozmawiałyśmy, a na końcu zawsze umawiałyśmy się na wspólną kawę, której nigdy nie wypiłyśmy.
Pamiętam październikowe popołudnie w pałacu Radolińskich, gdzie prowadziłam spotkanie z Agnieszką Borkiewicz. Wśród zebranych gości siedziała pani Irena – pomachałyśmy do siebie a ona krzyknęła w powitaniu „Wspólny fryzjer zobowiązuje!”. Gdy dzisiaj spoglądam na zdjęcie ze spotkania, cieszę się widokiem kobiety w pierwszym rzędzie po lewej stronie. Siedzi dostojnie, wspiera się na swojej eleganckiej lasce i uśmiecha trochę zaczepnie, jak jej czerwone buty.
Ostatni telefon
Po koniec stycznia umawiałyśmy się na lutowe spotkanie w pałacu. Nie przyszła, ale zadzwoniła zaraz po nim. Jej głos był jakby słabszy, ale nie smutny. Powiedziała, że myślała o nas i brakowało jej wizyty u hrabiego (tak mówiłyśmy o spotkaniach w pałacu), ale teraz będzie musiała pojechać do córki, aby trochę nabrać sił. Dziękowała za naszą znajomość i tłumaczyła: - Pani nawet nie wie, jak ważne jest, aby porozmawiać, spotkać się – mówiła i miała rację, bo nie wiedziałam. - Gdy jest się młodym nie myśli się o tym, bo świat jest pełen przyjaciół, znajomych rówieśników. Potem to wszystko jakoś tak się kurczy… Proszę nie myśleć, że narzekam, tak po prostu jest. Spotkamy się, gdy wrócę... ale gdybym nie wróciła, to chciałabym pani podziękować za nasz wspólny czas - skarciłam ją czując kluchę w gardle i powiedziałam, że za tydzień do niej zadzwonię. Dokładnie tydzień później odeszła od nas. Dzisiaj wiem, że chciała się pożegnać i to zrobiła będąc pogodzoną tak z życiem, jak i z nadchodzącym jego końcem.
Czy pogrzeb może być piękny?
Gdy spytałam kolegę o to, czy pogrzeb może być piękny, żachnął się i burknął: - Pogrzeb, jak pogrzeb. Każdy jest taki sam – smutny.
Pogrzeb pani Ireny był piękny. Piękny ciepłem lutowego słońca, ciszą zatrzymanego czasu i nieśmiałym śpiewem pojedynczych ptaków. Zamiast góry kwiatów, była puszka na datki dla fundacji wspierającej chorych na raka, a zamiast „Ciszy” Niniego Rosso - „Requem” Mozarta.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.